Ten blog powstał, aby rozkręcić bieganie w Zielonej Górze i okolicach miasta. Jest też po to, aby pokazać biegaczy i udowodnić, że bieganie uszczęśliwia, wyszczupla, odmładza, wzmacnia ciało, rozjaśnia umysł, no i zwiększa ochotę na seks Chcesz pobiegać z nami? Napisz na: biegamy@zielona.agora.pl
czwartek, 28 czerwca 2012

Fot. triathlons101.com

Witam. Co prawda trochę czasu już minęło od półmaraton w Przytoku, ale chciałem odezwać w innej sprawie. Wraz z innym maniakiem sportu zwanego triathlon szukamy ludzi, którzy byli by zainteresowani wspólnymi treningami typu rower/biegi/pływanie.

Czasami robimy (osób 2) wyskoki na wspólne pływanie do Ochli, biegi, czy wypady na długie rowerowanie, ale ludzi brak. Może macie ochotę dołączyć do naszego mini klubu, może znacie kogoś kto by chciał? 

Na chwilę obecną jesteśmy też zaklepani na pół IronMan w Borównie koło Bydgoszczy na początku września 2012. Zrobiliśmy też stronkę. Można ją obejrzeć TU

Paweł

10:50, lu.woznicki
Link Komentarze (10) »
sobota, 23 czerwca 2012

Bieszczadzka połonina, fot. Monika Strojny

Przeczytałem super teksty Andrzeja, Łukasza i Waldka na temat Biegu Rzeźnika. Co jeszcze można napisać na ten temat? Czy cokolwiek zostało do dodania?

Wczoraj czytałem artykuł na temat Biegu Rzeźnika. Przedruk w gazecie zbierającej różne artykuły z gazet ogólnopolskich i lokalnych. Rewelacyjny i dokładny opis tego, co się działo tam na trasie, także z moim udziałem. Emocje już powoli opadają, mam czasami uczucie, jak by to był sen, w którym bardzo dużo biegłem. Ale powoli budzi się także pragnienie biegu: na granicy wytrzymałości, w doborowym towarzystwie i po trasie, która im trudniejsza, tym lepsza. Budzi się we mnie wojownik. Znów chcę się zmierzyć ze sobą i innymi. Chłopaki mieli rację… zarzekanie się, że to już nigdy więcej takiego biegu, że już nigdy nie będę chciał biec 80 km po górach... To na nic… Tam, w Bieszczadach, zrozumiałem. Alicja i Irek, Łukasz i Andrzej, Waldek i ja zaraziliśmy się... Złapaliśmy chorobę chyba nieuleczalną. Bieganie! A lekarstwo jest jedno: biegać!!!

A oto pięć moich „POZYTYWNYCH” odczuć związanych z biegiem Rzeźnika 2012

Pierwsze POZYTYWNE odczucie

Trasa. Wspaniała i malownicza. Dzięki obecności Waldka - przynajmniej tak twierdzi - nie padało. Widoki na połoniny zapierające dech w piersiach. Jest coś tajemniczego i niepokojącego, gdy patrzy się na horyzont i dookoła widzi się tylko góry. Pokryte gęstym lasem. Majestatyczne i wieczne. Ktoś kiedyś napisał, że ludzie i cywilizacje przemijają, a góry są wieczne. Warto biec już dla samego widoku.

Drugie POZYTYWNE odczucie

Ludzie. Rewelacyjna ekipa, z która miałem okazję pojechać. I tak po kolei:

Alicja – wspaniała biegaczka. Na trasie kolejno „dopadała” inne dziewczyny i krok po kroku wyprzedzała. Gdyby trasa była dłuższa o 20 km, to - moim zdaniem - byłaby pierwsza. Na drugi dzień zazdrościłem jej, bo wyglądała tak, jakby nie biegła wcale, albo może tylko 10 a nie 80 km.

Irek – doskonały biegacz i nasz kierowca, który - pomimo naszych deklaracji, że troszkę poprowadzimy - ciągnął trasę z Zielonej Góry do Cisnej. Oraz z powrotem. No, może z małymi przerwami, które obejmowały jakieś 150 km. Na drugi dzień zero zmęczenia. Pozytywny człowiek. Strasznie fajnie się z nim rozmawia i bardzo przyjemnie. W sobotę po Rzeźniku biegał razem z Alicją w ramach treningu. Niesamowite. Czas, w jakim pokonali dystans rzeźnika, świadczy, że spokojnie mogą biec w biegu dookoła świata :) Jeśli taki jest.

Andrzej – gepart. Biega z taką prędkością i wytrzymałością, że mogłem się do niego doczepić na rolkach i pokonać trasę bez najmniejszego wysiłku. Jak on to robi? Siła spokoju i mistrz ciętej riposty. Charakterystyczne dla niego jest to, że jego decyzję są wyważone i spokojne. Potrafi uszczypliwie spuentować jakiś temat. No i ta wiedza na temat sportu. Nieźle.

Łukasz - zwariowany pozytywny biegacz. Gdy biegnie, to jest pełne radości pokonywanie kilometrów. Nigdy nie bywa smutny. Przynajmniej ja go takiego nie widziałem. Bardzo dobrze planuje. Zbiera dokładnie informacje o biegu i tym, co może się przydarzyć. Przygotował nam listę rzeczy potrzebnych na tej trasie. Wszystko było potrzebne. Jak się okazało dla mnie, kilka rzeczy z listy Łukasza było dla mnie niezbędnych (plaster, tabletki przeciwbólowe, skarpetki na zmianę). Bez nich nie skończyłbym biegu. Ciekawy świata i zaskakujący czasem pytaniami. Też mistrz ciętej riposty. Zawsze się śmieję w jego towarzystwie. Czekał na nas na mecie. Zauważyłem, że bardzo ważna jest dla niego drużyna. W Przytoku, rok temu, też czekał na ludzi kończących bieg. Super.

 
Waldek – po pierwsze dzięki Niemu w ogóle skończyłem ten bieg. To on wziął na siebie ciężar obliczenia, z jaką prędkością mamy się poruszać, ile mamy do poszczególnych „przepaków”. To on mnie pilnował, żebym nie szarżował. To on mi pomógł i wspierał, kiedy bolało mnie kolano. Mądry facet. Lubię go słuchać i przyznam się trochę, że kilka jego porad wykorzystałem. Po drugie - razem trenowaliśmy i razem ukończyliśmy ten bieg. Wytrzymały i zahartowany biegacz. Nie wiem, czy kiedyś mu dorównam. A chciałbym.

No i Rysiu. Złoty człowiek. Biega od wielu lat. Doświadczony i zaprawiony w boju. Nie znałem go przez pierwsze 5 minut w samochodzie. Potem miałem wrażanie, że się z nim wychowałem i jest moim bratem. Doskonale się z nim rozmawia. Zna wszystkich. Miałem wrażenie, że w Cisnej zaraz znajdę ulicę z jego imieniem. A w Siekierezadzie (słynna bieszczadzka knajpa) zapewne mają kufel z jego imieniem. Tworzył znakomitą atmosferę. Pobiegł sobie na luzie Rzeźniczka. Taki bieg na 25 km. Kolejny gość z Bractwa, po którym nie było widać na drugi dzień, że biega. Jak oni w tym Bractwie robią, że się nie męczą ?

Trzecie POZYTYWNE odczucie

Moja dziewczyna. Justyna. Była w trakcie tego biegu ze mną. Choć nie bezpośrednio, to czułem jej obecność. Opowiadałem Waldkowi o tym w trakcie. Na każdym „przepaku” wysyłałem Jej wiadomość, gdzie jestem i jak się czuję. Radziła mi, co mam zrobić. Pisała, że jest ze mnie dumna i że mnie kocha. To dodaje sił. Niewiarygodne, jak takie słowa potrafią pokonać zmęczenie i ból. Jak potrafią podnieść i wznieść :) Każde jej słowo niosło w sobie ładunek pozytywnych emocji i ładowało mi „baterie”. Mam taką koszulkę biegową z jej imieniem i imieniem mojego syna. Strasznie lubię w niej biegać. Może daje mi moc?

Czwarte POZYTYWNE odczucie

Szymon. Mój syn. Ma sześć lat i wiedział, że startuję w biegu. Pytał mnie dlaczego i po co biegnę. Czy wygram, i czy są medale, i co to Komańcza. Strasznie trudno mi było wytłumaczyć, po co się biega skoro trudno założyć, że się nie zwycięży. Że to tak dla samego siebie. Że chce się pokonać własne słabości i zmierzyć się z trasą i dystansem. Ale zrozumiał. Zadzwoniłem do niego po biegu, powiedziałem, że przebiegłem i jest ok. Pogratulował mi i powiedział, że też by tak chciał. To było najwspanialsze :) Jak będzie starszy, to zabiorę go na taki bieg. Byłoby super móc razem pokonać taką trasę.

Piąte POZYTYWNE odczucie

Koleżanki i Koledzy z drużyny biegaczy. Nic tak nie napawa dumą, jak wrócić i powiedzieć, że się przebiegło. Założyć na wspólny trening koszulkę Biegu Rzeźnika na której jest wyrysowane, jaka to była trasa i ile miała kilometrów. To podwójnie miłe, bo - po pierwsze - oni wiedzą, co to znaczy biegać i jak trzeba się namęczyć, żeby przebiec półmaraton, a co dopiero 80 km po górach. Po drugie – wiedzą, ile wysiłku kosztowało nas przygotowanie się do tego biegu. Dopingowali nas i wierzyli, że damy radę. A to było bardzo ważne. Dla mnie. I pewnie dla innych też

To tyle. 5 razy pozytywne TAK.

Do zobaczenia Radek

21:05, lu.woznicki
Link Komentarze (5) »
czwartek, 21 czerwca 2012

Drodzy biegacze!


Zapraszamy wszystkich chętnych na badanie Foot ID. Bezpłatne 3-wymiarowe badanie stópek za pomocą urządzenia Asicsa odbędzie się w dniach 21-22 czerwca w naszym zielonogórskim sklepie. Można się zapisać klikając na górny banerek lub po prostu przyjść i sprawdzić swoje krzywizny.

Małgosia

08:20, lu.woznicki
Link Komentarze (1) »
środa, 20 czerwca 2012

Podobno jak się coś zaczęło to należy to skończyć, więc skoro zrobiłam wpis 10 dni przed Grodziskiem to mogę też zrobić kolejny dokładnie 10 dni po półmaratonie;)

Podniosły się głosy, że nikt jeszcze nie napisał jak było w Grodzisku, więc spieszę wyjaśnić, że nasze „marne” 21 km musiało na blogu ustąpić miejsca wpisom z wyczynów naszych Rzeźników, a ponieważ temat został już przez chłopaków szeroko opisany postanowiłam podzielić się swoimi refleksjami z biegu.

Prognozy pogodowe wskazywały, że 10 czerwca będzie dniem pogodnym i ku zadowoleniu plażowiczów (a mniej biegaczy) okazał się też słoneczny, ciepły i parny.

W Grodzisku większość Drużyny zjawiła się na 2h przed startem, więc spokojnie był czas na rejestrację, odebranie numerów startowych, zapoznanie z okolicą  i przebranie. Dla większości z grupy Przytok II był to drugi w życiu start w półmaratonie. Ja tak jak w przypadku Przytoku postawiłam sobie cel – za pierwszym razem było to ukończenie biegu, tym razem było to przełamanie bariery 2h.

Czas do startu upłynął nam dość spokojnie, a jego chyba najmilszą częścią było siedzenie w cieniu na zielonym kocyku (za stoiskiem Gosi i Łukasza). Kocyk ten jak się później okazało nie był ich własnością. Na pół godziny przed startem odbył się oficjalny przemarsz zawodników do Rynku prowadzony przez Grodziską Orkiestrę Dętą, gdzie przemówił do nas włodarz Grodziska. Wszyscy podekscytowani czekaliśmy na ten moment http://vimeo.com/channels/maratonypolskie/43775530

Niesamowite wrażenie zrobił na mnie kawałek Two Steps From Hell - Heart of Courage, który ryknął mi do ucha z głośników podczas przekraczania linii startu i który od powrotu przesłuchałam już chyba z milion razy – przypomina mi się moment jak ponad 2300 osób w tym samym czasie ruszyło na trasę aby wspólnie pokonać ponad 21 km;) Nie muszę chyba dodawać, że był to mój debiut w tak licznym biegu i zrobiło to na mnie baaardzo duże wrażenie.

Sama trasa biegu składała się z dwóch pętli prowadzących ulicami miasta, przez osiedle domków jednorodzinnych, osiedle bloków i chodnikiem obok obwodnicy. Dużo słyszałam przed startem, że półmaraton ten jest zaliczany, a nawet uważany za najlepiej zorganizowany w Polsce i pomimo mojego braku skali porównawczej myślę, że mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że naprawdę był niesamowity. W doping bardzo aktywnie włączali się mieszkańcy Grodziska, którzy przy trasie poustawiali zraszacze, które gasiły żar lejący się z nieba, oferujący wiadro z wodą, w którym można było zmoczyć gąbkę lub czapkę, wielu wspierało oklaskami, muzyką puszczaną na ogrodach, a najsilniejszy doping był oczywiście w ścisłym centrum, gdzie co kilka metrów rozstawione były zorganizowane ekipy dopingujące, np. grupa perkusistów.

Na trasie były 3 punkty z woda i izotonikiem, z tego co pamiętam 2 miejsca odświeżania zaopatrzone w deszczownice i dwa lub 3 baseny z wodą w których było można zamoczyć czapkę lub gabkę albo przy odrobinie wyobraźni wskoczyć.

Gdy większość z Dryżyny kończyła biec pierwszą pętlę na zegarze widniał już czas ponad 1h, a spiker zaanonsował pierwszych biegaczy zbliżających się do mety… perspektywa trochę dołująca, ale i pocieszająca, bo przynajmniej nas nie zdublowali. Pogoda jednak zrobiła swoje – niektórzy całkowicie zamilkli, innym wyrósł gąbczasty guz na głowie, ale każdy odczuwał już silne zmęczenie, a to przecież był dopiero półmetek. Założenie było takie, że po 13 km zaczniemy przyspieszać, ale skończyło się to jedynie rozszczepieniem części naszej Dryżyny na kolejne podgrupy. Postanowiłam z Kubą, że przyspieszymy po 18 km, lecz granicę tą przesunęliśmy następnie na 20sty kilometr. Balonik na 2:00:00 wyprzedziliśmy dopiero na chwile przed metą. Drugi balonik na 2h został w okolicach 15 km i ukończył bieg chwilę przed maksymalnym limitem czasu (chodzą słuchy, że nasza koleżanka udzielała pakemakerowi pierwszej pomocy i jeszcze przybiegła zdarzyła poprawić życiówkę). Ostatecznie udało nam się zrobić jedynie szybszy finisz na ostatnich kilkuset metrach i nie mogę tutaj winić kocich łbów za brak efektownego przekroczenia linii mety. Po 1 h 57 min i 43 sek medal z wizerunkiem Grodziskiego Ratusza zawisł na mojej szyi – nie wiem czy w pierwszej chwili byłam bardziej skupiona na gaszeniu pragnienia czy wypatrywaniu kolejnych biegaczy z naszej Drużyny. To nie tak, że się nie cieszyłam, po prostu chyba nie miałam na to siły. Do mety dobiegali kolejni członkowie i to uświadamiało mnie coraz bardziej, że mam wielkie powody do dumy.

Podsumowując sam bieg - wyrazy uznania dla organizatorów, bo dojazd bardzo dobrze oznaczony, świetne zaplecze sanitarne – dla nikogo nie zabrakło prysznica, a korzystając z pakietu startowego można było nawet wyjść spod natrysku w szlafroku. Trasa świetnie oznaczona, doping rewelacyjny, jedzenia po biegu nie zabrakło dla nikogo, może jedynie piwo było tylko dla wytrwałych, którzy mieli jeszcze silę i chęci stać w bardzo długiej kolejce.

Bardzo cieszy mnie fakt, że był to kolejny już Drużynowy wyjazd (zwieńczony wypiekami naszych biegaczek). Cieszy też fakt, że wszyscy z powodzeniem ukończyli bieg, a większość z nas poprawiła swoje czasy z Przytoku. Mam nadzieje, że tradycję będziemy pielęgnować i na kolejne straty będziemy stawiać się w coraz liczniejszym składzie.

 

Anna Maria



Bosonogi Mateusz

„Think for yourself

Question authority”

Tool

Biegacze, którzy w tej chwili niosą przesłanie naturalnego biegania, są raczej postrzegani jako buntownicy. Ich bunt wynika z założenia, że autorytety wiążące sznurówki butów biegackich na naszych nogach mogą się mylić. I to mogą się mylić potężnie. Bunt wynika też z odczytywania sygnałów od ciała, od nóg – każdy but wymusza na biegaczu pewien sposób poruszania się, lądowania, itp.

Gdy tylko biegacz osiąga poziom, w którym zapomina o zadyszce, zaczyna bardziej szczegółowo słuchać własnego ciała. To co biegacz słyszy często wygląda tak: „Ej ziom! Ograniczasz mnie, coś tu jest nie tak!”. Stąd bunt. Tylko czy buntownicy długo pozostaną buntownikami?

Spójrzcie na przemysł obuwniczy, każda firma produkująca do tej pory żelazka stabilizujące ma w swojej ofercie co najmniej jeden but minimalistyczny. Są nawet firmy, które produkują tylko i wyłącznie buty do biegania naturalnego. Coraz więcej ludzi kupuje takie buty i zaczyna w nich biegać. Jak zmienić buntowników w autorytety? Trzeba ich posłuchać, przetrawić i zrozumieć.

Czy but minimalistyczny sprawi, że niedzielny biegacz zacznie biegać poprawnie/naturalnie? Oczywiście, że nie. Buntownicy mówią nam o potrzebie zmiany techniki biegania. Dlaczego? W wielu książkach i artykułach można przeczytać, że bieganie to najprostszy sport świata. Że wystarczą buty, dresy i już można nazwać się biegaczem. Teksty te promują opinię, że  trenowanie biegania polega na ćwiczeniu mięśni, na dokładaniu do pieca kilometrów i prędkości. Do czego prowadzi takie podejście? Do kontuzji. Do czego prowadzi bieganie w butach minimalistycznych bez przygotowania? Do kontuzji. Czego brakuje w równaniu:

Człowiek + but = biegacz?

Brakuje techniki biegania. Bieganie to wcale nie jest łatwy sport, nauka techniki, a raczej odtworzenie jej sprzed czasu zasiedzenia przed biurkiem, jest trudna i czasochłonna. Oczywiście mimo wszystko można się tego nauczyć i biegać poprawnie.

Jakie jest główne przesłanie minimalistycznych buntowników? „Nie biegamy poprawnie i stąd biorą się nasze kontuzje”. Co się stanie, gdy biegacze zaczną słuchać tych buntowników i stosować się do ich rad? Buntownicy zmienią się w autorytety. Autorytety się podważa. I znowu błędne koło. Ale czy aby na pewno? Otóż, nie sądzę. Wszyscy obecni buntownicy mówią: „słuchaj własnego ciała, przetwarzaj jego sygnały i zgodnie z nimi wprowadzaj poprawki do swojego biegania”. Ważne tu jest wyrażenie: „swojego biegania” – gdy na głównego trenera mianujesz własne ciało, to autorytety, buntownicy przestają mieć znaczenie. Buntownicy to tylko starterzy reakcji łańcuchowej, to że niedługo zamienią się w autorytety nic nie znaczy, bo wtedy (mam nadzieję) będziemy bardziej świadomymi biegaczami. Jak podsumować jednym zdaniem czym powinno być bieganie?

„Running is meant to be enjoyed, not endured”

Chatherina KcKiernan, maratonka

I pamiętajcie:

Myśl sam za siebie,

Kwestionuj autorytety”

Wracając do opisu moich przygotowań do Maratonu w Poznaniu. Nadal nie ma ich jako takich, a ja ostatnio bawię się bieganiem. Np. w zeszłą środę postanowiłem pobiegać w rytm metronomu. Że co?, że hę? Że skrzypek jestem? Wcale nie:P Mówi się, że biegacz powinien biegać długie dystanse ze stałym tempem (np. 6 minut na kilometr), dlaczego więc nie pobawić się także utrzymywaniem stałego rytmu (np. 170 kroków na minutę łącznie obiema nogami)? Powiem Wam, że próbowanie utrzymania stałego rytmu to niezła zabawa. I do tego trudna zabawa. Po paru minutach z przestawianiem prędkości na metronomie, którego używałem oczywiście na telefonie (bo przecież nie kupię metronomu tylko po to żeby z nim biegać) udało mi się ustalić, że w zeszły wtorek dobrze utrzymywało mi się rytm 172 kroki. Co w tym zabawnego pytacie? A spróbujcie utrzymać stały rytm podczas zmian prędkości. Naprawdę fajne wyzwanie i ciekawa odskocznia od zwykłego pokonywania kilometrów. Polecam spróbować, jeśli nie boicie się takich mrocznych eksperymentów.

Po co napisałem ten przydługi wstęp o bieganiu naturalnym i buntownikach? Napisałem go po to, żebym mógł spokojnie zadać sobie pytanie:

Czy jestem buntownikiem?

Większość z Was zna odpowiedź: „Jestem! I to jeszcze jak”. Dałem temu upust w zeszły czwartek. Wyszedłem pobiegać bez butów! Szaleństwo. Biegałem w kółko przez 15 minut po trawie i piaskowym placu zabaw. Było SENSACYJNIE! Moje stopy były bardzo zadowolone, a i pralka miała o jedną parę skarpet mniej:P Postanowiłem nawet włączyć do swoich treningów raz na jakiś czas bieganie na zupełnie boso. Czy słusznie? Mnie się podoba, kwestionuję autorytety…

Mateusz

Tekst pochodzi z bloga dreamyrunner.wordpress.com

10:15, lu.woznicki
Link Komentarze (4) »
wtorek, 19 czerwca 2012

Zbierałem się, zbierałem i wreszcie się zabrałem. Nie pytając nikogo o zdanie zmieniam wygląd bloga. Dotychczasowy szablon, choć całkiem przejrzysty, jest już dosyć oldskoolowy. Nie wspominając o tych wszystkich prośbach, aby zmienić zdjęcie w nagłówku, bo danej osoby tam nie ma ;)

To co teraz widzicie to dopiero wstępna wersja bloga, nad którą będę jeszcze pracował. Powinienem się wyrobić w tydzień w zależności od zasobów wolnego czasu. Jak wyjdzie, zobaczymy. Zaznaczam, że nie jestem biegły w CSS-ie, ale czego dziś nie można wygooglować. Za ewentualne problemy z czytaniem bloga z góry przepraszam :)

Cel jaki sobie postawiłem to: poprawa estetyki, lepsze rozprowadzanie i wyróżnianie treści zwłaszcza z myślą o przyszłych biegaczach/czytelnikach. W dalszej kolejności zajmę się pomijanymi do tej pory na blogu tagami i traktowanymi po macoszemu kategoriami.

Pewnie niejeden z was postawi mi na stracie pytanie: Dlaczego ten blog jest żółto-czarny? Już spieszę z odpowiedzią. Korzystam z jednego z szablonów słynnej już na bloxie Kate Mac (dziękuję!), który szczególnie przypadł mi do gustu. To oryginalna kolorystyka, choć próbowałem eksperymentować z innymi barwami. Ani zielony (bo Zielona Góra) ani czerwony (w nawiązaniu do Polska Biega) nie zdał egzaminu. Blog robił się albo smutny, albo ciężki. Zostawiłem więc żółty.

Mam nadzieję, że nowy wygląd przypadnie wam do gustu. Jeśli nie... nie krępujcie się o tym napisać w komentarzach :D W razie zdecydowanego sprzeciwu zawsze można wrócić do starego szablonu, albo poszukać innego. Pzdr

look

Jeśli ktoś ma pomysły na dodatkowe elementy na bloga, to jest właściwy czas, aby o tym powiedzieć. 

14:36, lu.woznicki
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 18 czerwca 2012

1.  Etap: Dowiaduję się o Rzeźniku

Jeden z lutowych treningów na terenie Strefy kolo Makro. Zimno i pada deszcz. Czekam w samochodzie, gdy pojawiają się kolejni biegacze. Zanim rozpoczniemy zaplanowany bieg, siedzimy w ciepłym aucie, odwlekając chwile rozpoczęcia. To wtedy Piotr powiedział, że podobno biegnę z Radkiem Rzeźnika. Termin: czerwiec, był odległy a dystans 80 km tak absurdalny, że pomysł szybko wyleciał mi z pamięci. Zresztą wtedy zgodziłbym się na wszystko, żeby tylko było ciepło. Kilka tygodni później sprawa się sama rozwiązała: zapisy ledwo ruszyły i już były zamknięte: w ciągu kilku godzin lista się zapełniła. Ulga, ale nie na długo. Okazało się, że otwarto listę rezerwową, na która się zapisaliśmy. Dwa zespoły: Zielonogórskie Winogronka (Radek nie zdradził, kto wymyślił nazwę) i Drużyna Gazety.

2.  Etap: Trenujemy

Gdy na stronie Biegu pojawia się informacja o tym, że wszyscy z listy rezerwowej wchodzą na listę startową, do biegu pozostaje niespełna miesiąc. Zaczynamy z Radkiem intensywnie przygotowywać się do wyzwania w Bieszczadach. Czytamy wszystko, co wpadnie w ręce o biegu: wszystkie fora biegowe, blogi uczestników z poprzednich lat. Widzimy, że przed startującymi stoi wiele problemów: wytrzymać dystans i górskie podbiegi, przygotować pożywienia na 16 godz intensywnego wysiłku, ubrania na wszelkie niespodzianki pogodowe, buty na zmiany, środki medyczne na obtarcia, odciski, ból, niestrawności, rozwiązać sprawę picia na trasie.

Pytanie: czy da się się zrobić trening górski koło Zielonej Góry? Wydawało nam się, że tak. Z Radkiem zrobiliśmy kilka treningów ponad 30 km z łącznymi podbiegami prawie 1000 m. Start koło Auchan, do ronda koło Przylepu, dalej lasem do osiedla Zacisze, Cegielnia, wieża Bismarcka, Świdnica, Ochla, amfiteatr i powrót. Innym razem trasa naszej Pętelki: czyli 5,5 km od amfiteatru do wieży Bismarcka z wszystkimi możliwymi podbiegnięciami. 4 kółka to 22 km i 900 m łącznych podbiegów. Dostajemy sprzeczne informacje, jak należy przygotowywać się do Biegu: w jednej wersji tylko podbiegi i długie zbieganie, żadnych ekstremalnie długich tras; w drugiej wersji, że sposobem, na to, żeby przygotować się do długiego biegu, trzeba długich wybiegań. Start coraz bliżej. Na tydzień przed wyjazdem do Cisnej przestajemy biegać. Zgodnie z radą, że lepiej nie dotrenować, niż przetrenować.

3.  Etap: Zbieramy sprzęt

Problem pierwszy: wyżywienie. Źródłem informacji są różne fora dla sportowców. Dowiadujemy się, że należy pic izotonik na trasie, najlepiej co 20-30 min kilka łyków. Odwodnienie organizmu, to najpierw skurcze mięśni, a w końcu brak możliwości kontynuowania biegu, a nawet poważne powikłania. Zwykła woda przez nas przelatuje, i nie zapewnia uzupełnienia strat soli powstałych w wyniku pocenia i oddychania. Aby biec musimy dostarczyć energię dla całego organizmu, a na 80 km potrzeba jej dużo. Ostanie dni przed startem to dieta makaronowo-ryżowo-węglowodanowa. Na trasę przygotowujemy rodzynki, daktyle, batony i żele energetyzujące.

Do apteczki trafiają plastry Compeed, tabletki przeciwbólowe, tabletki na niestrawność, igła do przebijania odcisków. Nie mieliśmy tylko zalecanego extraktora do żmij. Radek stwierdził, że sobie poradzimy we własnym zakresie, odsysając jad- nie jestem tylko pewien, czy chciał to robić bezpośrednio ze żmii, czy z rany. Hmm, a jeśli bezpośrednio ze żmii, to ciekawe od którego końca chciał się do niej zabierać. Nie chce rozwijać tematu zdumionych i wytrzeszczonych oczu żmii, gdyby Radek postanowił to zrobić znienacka od tyłu.

Na bieg zabierzemy camelbaki. Rezygnujemy z czołówek (dużo osób je ma, wiec zapewni to niezłe oświetlenie na początku, jak wszyscy biegną grupą, potem stają się obciążeniem). Rezygnujemy też z kijków: nie trenowaliśmy z nimi, więc nie dostrzegaliśmy zalet. Potem okaże się, że stanowimy mniejszość, biegnąc bez wsparcia. Szczególnie ich pomoc widać było na podbiegach.

4. Etap: Jedziemy do Cisnej

Jeden z największych problemów związanych z Biegiem, czyli jak dojechać rozwiązał się po informacji, że w Biegu uczestniczą Irek i Alicja z Bractwa. Jadą ogromnym vanem, i  maja miejsce dla 4 osób. W środę, na dzień przed startem z rana wygodnie wyjeżdżamy w siedem osób na drugi koniec Polski. Po drodze zatrzymujemy się w Legnicy, aby zrobić zakupy w Decathlonie. Tam zajmujemy stół do tenisa i rozgrywamy kilka setów. Oczywiście mistrz mógł być tylko jeden: Łukasz. W Cisnej mamy wynajęte mieszkanie: dwa pokoje, kuchnia, łazienka. Styl: lata 70-te, późny Gierek. Ale jest nieźle. Fascynacje nasza wzbudziło ogromne lustro, w ramie z drewna, z wyrzeźbionymi pewnymi szczegółami anatomicznymi. Pani właścicielka zapewniała,  że nie ma córki, która mogłaby być natchnieniem dla artysty-rzeźbiarza. Następny dzień po przyjeździe, to długie spanie, potem wędrówki po mieście. Wtedy odkrywamy malutką jadłodajnie, z tarasem. Stajemy się tam fanami pomidorowej i naleśników z jabłkami i serem. Będziemy tu wracać przez cały pobyt.

5.  Etap: Pakujemy plecaki

W czwartek, przed biegiem, musimy stawić się w punkcie organizacyjnym, zarejestrować, odebrać nr startowy, pakiet startowy (fajna koszulka, ale chyba nie należy nią straszyć na jakiś 10-tkach czy 12-tkach). I niespodzianka. Każda para dostaje dwa małe worki jak na śmieci. Jeden worek na dwie osoby, i tylko dwa miejsca na trasie, gdzie można je zostawić z rzeczami: posiłkami, ubraniem i butami na zmianę. Zrobił się ogromny problem, bo nie tak miało być. Do worków wędruje tylko jeden komplet na przebranie (buty, spodnie, koszulka, skarpety) na osobę, do drugiego worka: kanapki, przygotowany makaron z mięskiem, batony. Długie dyskusje wywołuje problem, czy zabierać camelbaki od startu, czy zostawić w worku na przepaku. W rezultacie, wbrew wcześniejszym zamiarom, startujemy z plecaczkami, ale napoje zabieramy w rękę w butelce. Do plecaczków wędruje: kanapka, batony energetyzujące, banan, rodzynki do przegryzania na trasie, i apteczka. Obowiązkowo mapa trasy, i zabezpieczony przed deszczem telefon.

6.  Etap: Jedziemy na start

Umawiamy się się z Irkiem i Alicja na wyjazd o 2:00 w nocy. Radek i Atom szybko zasypiają, Łukasz siedzi długo na notebookiem. Choć położyliśmy się spać o 21:00, to mi się jakoś nie udało zasnąć. Bieg, który jeszcze niedawno miał być za miesiąc, nagle się zrobił za 5 godzin. Stres jak przed studniówką. Pobudka o 1:00. Gdy o 2:00 podjeżdża samochód jesteśmy gotowi: ubrani do biegu, z przypiętym nr startowym, spakowani. I ze świadomością, że jeśli o czymś zapomnieliśmy, to już tak zostanie. Jedziemy do Komańczy przy dźwiękach piosenki OT, OTK OTK Rzeźnik z płyty, która była w zestawie startowym. Staram się wyłączyć świadomość, że zaraz się rozpocznie coś, co może potrwać 16 godz, albo może się skończyć przed czasem. I świadomość odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale też za kolegę, z którym się biegnie, jego zdrowie i realizacje również jego planów czy marzeń (dotyczących biegu, nie exstrakora do żmij). W każdym innym biegu, nie mogąc go kontynuować, schodzisz z trasy tylko Ty. W Biegu Rzeźnika, wykluczasz tez swojego kolegę. Bieg Rzeźnika to wyścig najsłabszych w parze.

7.  Etap: Start

Na placu w Komańczy ponad 500 osób startujących, mnóstwo osób towarzyszących. Kolorowy tłum, przegląd wszystkich możliwych strojów biegowych. Wokół ciemności, a tu ruch, migające światełka lampek, flesze aparatów foto, i znajome bębnienie i rytmy Wiewiórki na drzewie. Niektórzy się rozciągają, robią jakieś przebieżki. Jest fajnie ciepło. Rozmowy wszystkich ze wszystkimi i oczekiwanie. Około 3:20 słychać odliczanie i strzał. Ruszamy. Z Radkiem uzgodniliśmy, że naszym celem jest: nie odpaść i ukończyć bieg. Może gdyby nie moja porażka w Krakowie, i trauma po tamtym biegu, dalibyśmy się ponieść i pewno Radek nie powstrzymałby się przed ściganiem. Ale dzisiaj ja pilnuję tempa. Zamiar był taki: na płaskim i na zbiegach staramy się podkręcać tempo, na podbiegach idziemy: energiczny krok jest tak samo szybki, jak próba wbiegania.

8.  Etap: Na trasie

Pierwszy fragment biegu prowadził 7-kilometrowa, niemalże płaską drogą. Tu oswajamy się z biegiem z plecakiem. Trochę podskakuje, ale nie jest to problem. Biegniemy w ogromnej grupie biegaczy, ciągłe coś się zmienia: jedni wyprzedzają, inni zatrzymują się, coś poprawiają. Trafiamy na pierwsza rzeczkę. Byliśmy na nią przygotowani: mieliśmy dwa worki na śmieci do założenia na buty i forsowania, gdyby nie dało się inaczej. Ale pogoda była ostatnio dla nas łaskawa: rzeczki daje się przekroczyć po kamieniach lub przerzuconych drzewach. Zaczynają się wspinaczki do góry. Staramy się z Radkiem biec gdy tylko się da. Niespodziewanie wpadamy na pierwszy przepak Żebrak. Tu uzupełniamy butelki z izotonikiem, szybko zjadamy batona i w drogę. Droga do kolejnego przepaku mija nadspodziewanie szybko. W Cisnej mamy przygotowane ubranie na zmianę: cieplejsze rzeczy wędrują do toreb, przebieramy się na „krótko” i po niewielkim błądzeniu trafiamy na czerwony szlak. W którymś momencie sprawdzam czas od startu i ze zdumieniem widzę, że biegniemy już ponad 6 godz.

9.  Etap: Dramaty na trasie

Wspinamy się ostro do góry na Małe Jasło, gdy spotykamy siedzącego obok szlaku biegacza. Twarz wykrzywiona z bólu, trzyma się za nogi. Skurcze, które prawie wykręcały mu łydki. Spytaliśmy, jak można mu pomóc, doradziliśmy magnez, choć to było chyba za późno. Wydaje mi się, że zaniedbał picie na trasie. 100 m dalej czekał jego partner. Powiedział, że jego kolega walczy ze skurczami już od godz i że chyba muszą przerwać bieg.

Gdy dobiegamy w końcu do przepaku Smerek, czujemy ból i zmęczenie. Radek podszedł do karetki, która stała na placu. Pyta, czy maja jakieś środki przeciwbólowe. Ale panowie ratownicy wszystkie już rozdali. Do Radka podchodzi dziewczyna, biegaczka, i daje mu pastylkę Ibupromu. Ja również wyciągam dłoń. Dostaję pastylkę. Ale dziewczyna spogląda na mnie, zabiera, to co dała, i mówi, że mi jednak da coś mocniejszego. Musiałem chyba wyglądać bardzo przekonująco, jako potrzebujący pomocy.

Inne miejsce, i inny wymiar dramatu: podbiegamy w kierunku Chatki ze Smereka. Nad nami kołuje helikopter. Oświetla szlak, jakby coś szukał. Nam się wydaje, że za chwile będziemy bohaterami co najmniej Eurosportu. Ale helikopter jest żółty, medyczny i usiłuje wylądować przed nami. Zniża się nad szlak, z pokładu wylatuje ogromna torba medyczna, a potem wyskakuje ratownik medyczny. Przed nami zawinięty w folie leży biegacz. Jego kolega, który wezwał pomoc, dostanie wieczorem nagrodę Fair play. Nie możemy ominąć stojącego helikoptera, czekamy prawie 30 min, aż będziemy mogli biec dalej.

Gdy mijamy Cisną, na trasie, pojawiają się pierwsi turyści. Wszyscy nas gorąco pozdrawiają, życzą powodzenia. Bieg jest rozpoznawalny, nam, biegaczom turyści ustępują drogi. Ale zdumienie moje i Radka wywołuje grupa Czechów, którzy klaszczą na nasz widok i nazywają polskimi czempionami. Było to podczas wspinaczki na Połoninę Caryńską, chyba najbardziej wykończający fragment biegu, więc trudno nam było zademonstrować energię i entuzjazm, ale bardzo się staraliśmy choć uśmiechać. Z sympatią spotykamy się wszędzie, a gdy czasami wyjaśniamy, że biegniemy z Komańczy: z niedowierzaniem. Nam też trudno uwierzyć, że mamy za sobą już ponad 14 godzin biegu.

10.  Etap: Meta

Uporczywe, niekończące się schody podczas zbiegu w kierunku Ustrzyk. Radek cierpi z powodu kolana, ale mówi, że choćby miał się czołgać, to ukończymy bieg. Widzę, jak schodzi po kolejnych stopniach trzymając się poręczy. Ale jesteśmy już blisko. Spotykamy na szlaku chłopca: Radek pyta jak długo szedł w to miejsce. Chłopiec odpowiada: jakieś 10 min. A więc daliśmy radę. Biegniemy jakbyśmy dopiero wystartowali. Kończy się stok góry i wpadamy na długi, drewniany pomost ciągnący się kilkaset metrów. Nagle pojawia się mostek, kilka stopni schodów do góry i przekraczamy metę. Wita nas oczywiście Łukasz. Czekał na nas i sprawił nam ogromną radość. I dwie największe nagrody za przebiegnięcie prawie 80 km przez góry: medal za ukończenie Biegu Rzeźnika i szybko wyszukane i jeszcze szybciej wypite zwykłe, zimne piwo po całodziennym piciu izotoniku. To była rozkosz.

Czy było warto? Zdecydowanie TAK. Czy kiedyś jeszcze raz spróbuję? Zdecydowanie TAK!

Waldek

środa, 13 czerwca 2012

To zadziwiające. Przez większą część Biegu Rzeźnika pytałem siebie i napotkanych: - Jaki jest sens robienia sobie takiej krzywdy? Na mecie powtarzałem w myślach mantrę: - Nigdy więcej! A gdy żegnałem Bieszczady, rzuciłem im tylko chłodne: Do zobaczenia... never! Tymczasem minęło kilka dni i wydarzyła się rzecz niebywała. Moja pamięć z tylko sobie znanych przyczyn pomniejszyła wszystkie bieszczadzkie cierpienia, wyolbrzymiła milsze z wrażeń i wbrew logice podpowiada: Może byś tam za rok wrócił... Może byś...

„Najtrudniejszy bieg to naszych górskich szlaków. Popełniony w ramach piwnego zakładu” – z hymnu Biegu Rzeźnika

Bieg Rzeźnika prowadzi głównym bieszczadzkim szlakiem z Komańczy do Ustrzyk Górnych. Wiedzie przez kilka tysiączników i dwie malownicze połoniny. Informator turystyczny, który wpadł Waldkowi w ręce daje na rekreacyjne przebycie tej trasy 7 dni. Kilkanaście lat temu twórcom Biegu Rzeźnika wędrówka zajęła trzy. A potem założyli się z innymi członkami klubu OTK Rzeźnik, że pokonają 77 km w mniej niż 12 godzin. Na starcie stanęło wtedy 10 zawodników. Do mety w 12 godzin dotarło sześciu w tym uczestnicy zakładu. Tak powstała kultowa dziś impreza na dystansie ultra.  

Ja usłyszałem o Rzeźniku, gdy zainteresowałem się bieganiem. Pamiętam, że z miejsca rozpalił moją wyobraźnię. - Muszę to koniecznie kiedyś przeżyć! - pomyślałem. Minęły dwa lata i podczas zimowego treningu szepnąłem o biegu Radkowi. On przekabacił Waldka i tak powstała drużyna o dumnej nazwie Zielonogórskie Winogronka. Ja z Atomem przybraliśmy barwy Drużyny Gazety. Dołączyła do nas Alicja i Irek z Bractwa Biegaczy. Do tegorocznego Rzeźnika dostała się mocna zielonogórska reprezentacja. - Marzenia stają się rzeczywistością – napisałem wtedy na Facebooku. - Masz teraz swoje marzenie – mówił mi Atom, gdy gdzieś na 60 km powłóczyłem nogami do przepaku.

„Mamy nadzieję, że pomimo bólu ten bieg da wam sporo radości” - z informacji dla zawodników

Nie zamierzam zgrywać chojraka. Ten bieg (o ile można nazwać go biegiem, bo bardzo dużą cześć trasy się szło) był jednym z najtrudniejszych przeżyć w moim życiu. Mocniej bolała mnie tylko rwa kulszowa, ale na pewno nie tak długo i nie tak intensywnie. Kolana wytrzymały strome zbiegi, łydki wytrzymały niekończące się kilkukilometrowe podejścia. Nie wytrzymała lewa kostka, ani podeszwy stóp, które od 50 km paliły żywym ogniem. Nie zastało mi nic innego, jak nażreć się tabletek przeciwbólowych. Ale te po kilku godzinach nie chciały dalej działać. Łykanie kolejnych nie przyniosło większych rezultatów. Cierpiałem, było mi źle i co najgorsze miałem wyrzuty sumienia, że robię wielką krzywdę mojemu ukochanemu ciału. - Po co my to robimy? - pytałem spoconych napotkanych. - Sam się zastanawiam. Kolega mnie namówił... - to jedna z popularniejszych odpowiedzi. A najgorsze podejścia cały czas były przed nami.

Cała trasa jest podzielona na pięć zróżnicowanych etapów. Start jeszcze po ciemku wraz ze wschodem słońca o godz. 3.20. Potem biegnie się od przepaku do przepaku. To miejsca, gdzie można się przebrać, zjeść coś i się napić. Na pokonanie 77 km dostaliśmy 16 godzin. Początek jest leeeeekki. Pierwsze dwa etapy - w sumie 33 km - zrobiliśmy z Atomem w lekko ponad cztery godziny. Zyskaliśmy dwie godziny zapasu do limitu. Teraz wiem, że wtedy przeszarżowałem. Powinienem pobiec nieco wolniej i oszczędzać siły na trudniejsze podejścia. Przekonałem się o tym na kolejnych etapach, gdy moja wydolność spadła dramatycznie, a Atom jak to Atom ostro rwał do przodu. Ale drużyna jest tak silna jak jej najsłabsze ogniowo, więc traciliśmy kwadrans za kwadransem.

„Ku górze, ku niebu. W dolinę, ku mecie. Przed zachodem słońca będziemy tam przecież ” - z hymny Biegu Rzeźnika

Spróbujcie sobie wyobrazić, jak to jest przebiec kilkadziesiąt kilometrów, a tu... wysokie na 1000 m n.p.m Małe Jasło. Wspinasz się pod stromą górę przez 45 minut, ale pot leje się z twarzy strumieniami. Jak już jesteś na górze, to zbiegasz stromizną w dół, by niedługo gramolić się na kolejną jeszcze większą górę. A potem jeszcze jedną i jeszcze większą i jeszcze... Większość zawodników ułatwia sobie wędrówkę kijkami od nordic walking. My postanowiliśmy zostać twardzielami. Twardziele nie uznają udogodnień. - Trudno nam sobie wyobrazić, jak przebiegliście to bez kijów – mówili nam po biegu Alicja i Irek z Bractwa.

Ale były też momenty fantastyczne. Jak wtedy, gdy na szczycie Smereka wdałem się w pogawędkę z pewnym brodaczem. Atom poleciał do przodu, a jego partner wlókł się tyłu. Siedzieliśmy więc na ławce i podziwialiśmy z góry niekończącą się przestrzeń. Wyprzedzali nas kolejni zawodnicy, ale mieliśmy to gdzieś. Ten obrazek tak się spodobał napotkanej na szczycie fotografce, że zrobiła nam kilkanaście zdjęć. Dziewczyna opowiadała, że dwa lata temu sama przebiegła Rzeźnika. Po wejściu na Smereka (a góra to potężna) miała atak paniki na myśl, że musi dalej biec. - Ale najgorsze już za wami. Teraz trasa będzie się dłużyć, ale będzie łatwiej - uspokajała, a ja dzięki jej słowom choć na chwilę złapałem wiatr w żagle. Och, jakie to było piękne kłamstwo.

Co nie jest zaskoczeniem najmilej wspominam sam finisz. I dlatego, że zbliżał się wytęskniony koniec i dlatego, że wreszcie zacząłem biec jak człowiek. Na szczycie ostatniej połoniny dogoniłem zaskoczonego Atoma i polecieliśmy do mety. Wyprzedziliśmy kilkanaście par z kijkami, dwie panie z partnerami, w tym jedną całą siwiuteńką (przepraszamy!). A Atom zaliczył pięknego koziołka na zabłoconej ścieżce. Choć plan na pewno był ambitniejszy wpadliśmy na metę z czasem 14:22:29. Do zachodu słońca została godzina i 38 minut.

Epilog

Nasz wynik dał nam 158 miejsce w klasyfikacji generalnej na 270 par, trójek i sztafet. 37 zespołów do mety nie dotarło. Na mecie czekała już Alicja z Irkiem. Udało im się pokonać Rzeźnika w 13:10:00 i uplasować na 93 pozycji!!! Niedługo potem linię mety z dumą wymalowaną na twarzach przekroczyły Winogronka. Czas: 15:18:39 i 201 miejscem w klasyfikacji. A Rysiu Walczak - nasz wspaniały serviceman z Bractwa następnego dnia wystartował w Rzeźniczku. Biegacz z niego doświadczony, więc wróżyliśmy mu pierwsze miejsce. Bardzo się zdziwił, gdy pokonanie 25 km zajęło mu... 4,5 godziny. Ale oni wam dopiero o tym opowiedzą...

look

Korzystałem ze zdjęć Grzegorza Wasyla Grabowskiego, Moniki Strojny, Rafała Dudzińskiego i portalu bieganie.pl

wtorek, 12 czerwca 2012

Cztery noce w Bieszczadach, z czego dwie nieprzespane. Dwa dni w samochodzie. Dwa leniwe w Cisnej. A jeden, ten kluczowy, bardzo długi i wyczerpujący. Wyprawa na Bieg Rzeźnika pozostanie w mojej głowie na długo. I chociaż jestem zawiedziony tym, jak wypadł sam start, nie mówię, że już nigdy więcej... Przeciwnie. Jeśli tylko za rok trafi się okazja, będę tam znowu! A tymczasem mój top ten:

1. Co postanowili Alicja i Irek

Jakby wyjęte z powieści lub filmu, ale dzieje się naprawdę. W zielonogórskiej wyprawie na Rzeźnika uczestniczyli Alicja i Irek, mocna i dobrze dobrana para. Nie wiedzieliśmy przed startem, ale to był dla nich bieg absolutnie wyjątkowy. Obiecali sobie, że jeśli dadzą radę, pokonają trasę, to wkrótce się pobiorą. Poszło im znakomicie. Dlatego już w drodze powrotnej odbierali od nas pierwsze, wstępne powinszowania.

Prawda, że to piękna i romantyczna sprawa, godna numeru jeden na liście!? Rzeźnik to w ogóle, wbrew nazwie, impreza chyba ciekawa dla par mieszanych.

2. Jak Łukasz stracił poczucie sensu

Była jeszcze sroga, głęboka zima, gdy Łukasz żył już pomysłem na start w Biegu Rzeźnika. Umiał mówić o tym z taką pasją i płynącą z serca radością. Zdawać się mogło, że on się urodził głównie po to, by odnaleźć Bieg Rzeźnika i stanąć do walki z morderczą trasą. Jeszcze z dala od gór cieszył się widokami, które dopiero miał zobaczyć ze szczytów. Jeszcze na minuty przed startem odnalazł dobry omen w tym, że cyfry z naszego numeru startowego (282) pokrywały się z cyframi z jego roku urodzenia.

Teraz przenosimy się bodaj na 67. kilometr trasy. Łukasz ma już wyraźnie dość. Zaczepia obcych ludzi i poddaje im pod rozwagę filozoficzną kwestię: - Po jaką cholerę człowiek sam sobie zadaje kilkunastogodzinne katusze? Najczęściej słyszy odpowiedź, że my wszyscy tam startujący jesteśmy po prostu nienormalni...

Ale kryzys Łukasza to także moja wina. Mam wyrzuty, jest mi głupio i przepraszam! Nie zająłem się moim partnerem z zespołu jak należy. Przesadziłem z tempem, a po tym zostawiałem go na trasie samego z bólem i cierpieniem. Aż na finiszu Bieszczady wymierzyły mi karę. Zaliczyłem iście kaskaderską glebę.

3. OTK Rzeźnik

Do zestawu startowego organizatorzy dołączyli płytę zespołu Wiewiórka na drzewie. Zapuściliśmy. Niestety. Później hymn Biegu Rzeźnika leciał już niemal nieustannie na naszej kwaterze, w aucie, a jeszcze na trasie sam sobie odśpiewałem kilkadziesiąt razy: OT, OTK, OTK Rzeźnik, gna!!! Posłuchajcie koniecznie!

4. Pomidorowa, przynajmniej dobra...

Waldek, Radek i Łukasz odkryli w Cisnej jadłodajnię, którą pokochali od pierwszego wejrzenia, a w niej motywem przewodnim stała się pomidorowa. Myślę, że w trójkę mogli wyjeść cały zapas tej zupy przygotowany przez kucharza i kucharkę na długi weekend. Gdy tylko po śniadaniu zaczynali się nerwowo kręcić, wiedziałem, co się święci. Zaraz znajdą pretekst, żeby pójść na pomidorową. Mnie też polecali. Ale na szczęście nie mówili: ”Zupę zjedz, talerz gorącej, pomidorowa, przynajmniej dobra.”

5. Radek spotyka śmieci na swojej drodze

Nazajutrz po biegu wszyscy jesteśmy sztywni i połamani. Ale czasami nawyk wywołuje u człowieka określone czynności. I oto Radek, westernowym krokiem Johna Wayna, rusza w drogę z pokoju do kuchni. Zauważa coś, co leży na podłodze, a powinno wylądować w koszu. Próbuje się schylić i podnieść to coś. Ale po biegu ból w kręgosłupie wygrywa. Radek nie daje rady sięgnąć dłonią do podłogi. Przy czym tak całkiem nie odpuszcza. Zagarnia śmieci w okolice kosza serią precyzyjnych kopnięć.

6. Torba Irka i pocięte majtki

Bieg rzeźnika to jest coś, co wywołuje u debiutanta trwogę i potrzebę uzbrojenia się w ekwipunek. Gromadziliśmy starannie medykamenty, plecaki bukłaki, latarki czołówki, odpowiednie stroje, odżywki. Spakowaliśmy to wszystko do auta. Tak się przynajmniej zdawało.

Byliśmy już chyba w okolicy Krakowa, gdy Irek dostał sygnał z Zielonej Góry, że zostawił w domu torbę ze sprzętem na bieg. Podzieliliśmy się z nim, tym, co mieliśmy. Ja oddałem dwie pary nieśmiganych gaci do biegania. Tyle że na Irka były trochę za małe. Musiał sobie pociąć nogawki, co na mecie wzbudziło zainteresowanie specjalistek od masażu.

7. Wzrok pani Halinki

Nasza gospodyni w Cisnej bardzo się dziwiła, że komuś przychodzi do głowy bieganie czerwonym szlakiem po Bieszczadach. Patrzyła na nas z politowaniem jeszcze wtedy, gdy myślała, że bieg zaczyna się w Komańczy, a kończy w Cisnej. Kiedy sprostowaliśmy, że trasa jest ponad dwukrotnie dłuższa, postanowiła skasować opłatę za nocleg z góry ;)

8. Siekierezada

Każdy, kto wejdzie, od razu poczuje klimacik i polubi niebywały wystrój. Ja polubiłem, ale nie zdawałem sobie sprawy ze sławy tego miejsca. Po powrocie do pracy opowiadam naszemu fotoreporterowi Michałowi, jaką niesamowitą knajpę na drugim końcu Polski widziałem. A Michał na to: - Stary, przecież to najbardziej kultowy lokal. Kiedyś przez kilka dni nie wychodziłem z Siekierezady...

9. Ojciec jeszcze daje radę

Na Biegu Rzeźnika uczestnicy dostają prawo widzenia się z bliskimi na tzw. przepakach. I na jednym z przepaków Łukasz wychwycił wypowiedź strudzonego, młodego biegacza, który startował w parze ze swoim tatą: - Ojciec jeszcze daje radę, ale ja już nie mam siły.

10. Gawędy brata Ryszarda

Znacie kogoś, kto nie lubi Rysia Walczaka? Nie znacie, bo Rysia nie da się nie lubić. Zresztą wszystkie Ryśki to fajne chłopaki. Nasz Ryś nie wystartował w Rzeźniku, tylko nazajutrz w Rzeźniczku. Nie miał na to ochoty. Alicja z Irkiem wypchnęli go troche na siłę i do samego startu dodawali otuchy. Ale od razu wiedziałem, że gawędy Rysia z Rzeźniczka przebiją nasze z Rzeźnika. Kulminacyjny moment opowieści: - Nagle ze zmęczenia drzewa zaczęły mi się dwoić w oczach. Co się chciałem chwycić jednego i odpocząć, to się rozdwajały i musiałem lecieć dalej.

W poczekalni do listy przebojów: 11. BoboVita

Co jeść na tzw. przepakach? Waldek wyczytał gdzieś, że ultramaratończycy ratują się na trasie słoiczkami z jedzeniem dla niemowląt. I chociaż młoda redakcyjna mama przestrzegała mnie, że to jest paskudne, mdłe i nie przejdzie mi przez gardło, to zaryzykowałem. BobVita obiadek makaron z kabaczkiem, kurczakiem i pomidorami - polecam z czystym sumieniem. Lekko posolone da się zjeść. Nawet mi smakowało.

atom

wtorek, 05 czerwca 2012

Jeszcze nie zdążyliśmy ruszyć w Bieszczady, a wyprawa pod hasłem Bieg Rzeźnika już przyniosła pierwsze walory poznawcze. W poniedziałkowy wieczór narada organizacyjna u Radka, reprezentanta Zielonogórskich Winogronek, miała się już ku końcowi...

Wcześniej spałaszowaliśmy przygotowany przez Winogronka makaron, wymieniliśmy setkę rzeczy, które mogą nam się przydać na trasie biegu.

77 km po górach, kamieniach i błocie napawa nas lękiem. Zbroimy się w gadżety: plecaki - bukłaki i latarki - czołówki. Zabierzemy w drogę pół apteki, papki do jedzenia dla niemowląt, wór ciuchów i butów, środki prawie dopingujące, wydrukowane i zalaminowane mapki, które podarował nam Łukasz. Zabierzemy wszystko, co przyszło nam do głowy i co wyczytaliśmy w poradnikach ludzi, którzy już mają za sobą starty w takich dłuuugich biegach.

Zielonogórskie Winogronka (Radek i Waldek) oraz Drużyna Gazety (chudy redaktor Woźnicki, zwany też przez niektórych Królem Bieszczad, i ja - straszny atom) nie zamierzają ze sobą rywalizować. Nie jest wykluczone, że spróbujemy przebrnąć przez to razem. Tyle że różnimy się w planach taktycznych na Rzeźnika. Winogronka trzymają się założenia: zacząć bardzo, bardzo wolno. Łukasz też chyba byłby za, a ja myślę inaczej - tzn. zacząć normalnie. Regulamin mówi, że na trasie trzeba się trzymać w parach. Czy nasze dwie pary zgrają się na jednym poziomie tempa? To już chyba okaże się na miejscu. Tak czy owak trzymajcie za nas kciuki! Przez całe 77,7 km chcemy czuć wasze wsparcie i dobre myśli. Bo bez tego nie damy rady, nawet ultra lekkie buty Radka, tajne laboratorium Waldemara i plecaki - bukłaki nie pomogą! 

W poniedziałkowy wieczór narada organizacyjna miała się już ku końcowi, gdy na odchodne Radek dokonał jeszcze małej prezentacji mieszkania: tu unikatowa kolekcja zegarków w sypialni, tam zielona kuchnia, obok pomarańczowa łazienka. Naprawdę wychodziliśmy już. Aż na koniec gospodarz wystrzelił z gwoździa programu: otworzył wielkie drzwi garderobianej szafy, a w tej szafie... (chwila napięcia, werble)... Otóż w tej szafie: napędzany prawdopodobnie elektrycznym silniczkiem obrotowy, podświetlany wieszak na krawaty! Tak, proszę państwa! Gdyby nie Bieg Rzeźnika, w ogóle nie wiedziałbym, że takie rzeczy istnieją. Istnieją! Wprawdzie sam nie zamontuję sobie czegoś podobnego, bo nie mam nawet jednego krawata. Niemniej walory poznawcze Rzeźnika już się zaczęły, mimo że jeszcze nie wyruszyliśmy w Bieszczady ;)

atom

14:07, lu.woznicki
Link Komentarze (15) »
↑ top | | design by kate_mac