Ten blog powstał, aby rozkręcić bieganie w Zielonej Górze i okolicach miasta. Jest też po to, aby pokazać biegaczy i udowodnić, że bieganie uszczęśliwia, wyszczupla, odmładza, wzmacnia ciało, rozjaśnia umysł, no i zwiększa ochotę na seks Chcesz pobiegać z nami? Napisz na: biegamy@zielona.agora.pl
czwartek, 31 maja 2012



Dziś do naszej Drużyny dołączył nowy członek - ma na imię Regent i ma półtora roku (dla uściślenia dodam, że to pies). Aby zdążyć dziś na trening musiałam go zabrać ze sobą i pokazać mu co robię jak nie mam czasu wyjść z nim na spacer. Taka byłam zaaferowana tym, że jedzie ze mną, że zapomniałam swoich butów do biegania, ale Piotr przekonał mnie, że przecież w zwykłych adidasach też można biegać - nie było to może zbyt przyjemne doświadczenie, ale dałam radę. Trening nie był dziś ciężki - przynajmniej dla tych którzy biegali tylko jego pierwszą część czyli 6km (wyszło nam 7,5 km;). Regent dotrzymywał nam tempa i nawet zaprzyjaźnił się z kilkoma biegaczami z naszej Drużyny. Zdaję sobie sprawę, że trening z psem może być uciążliwy dla wpółbiegaczy dlatego obiecuję, że taka sytuacja nie będzie się często powtarzać, a dzisiejszy trening był raczej wyjątkiem. Chciałam też wszystkich uspokoić, że pies ma się dobrze, nie zmęczył się aż tak jak to mogło po treningu wyglądać, a pił na leżąco bo mu po prostu było tak wygodniej.

Przejdę do meritum, bo nie o psie miał być ten wpis.
Pojawiły się pytania o transport i zbiórkę na wyjazdu do Grodziska. W związku z tym postanowiłam stworzyć dokument, który umożliwi wszystkim jego edycję. Zaproponowałam 3 kolumny w których wpisujcie imię i nazwisko (ewentualnie jak Was wołają), w drugiej należy zaznaczyć czy dana osoba jedzie autem, a w ostatniej kolumnie fajnie byłoby wpisać imię osoby z którą się dogadaliśmy, że nas zabierze. Dokument spreadsheet umożliwia też wpisywanie komentarzy i ma czata, więc można się będzie umawiać na żywo. Każdy może dowolnie zmieniać wygląd tego dokumentu i wpisywać co chce. Mam nadzieje, że ta formą kontaktu załatwi problem z dogadaniem się kto z kim jedzie albo kto kogo zabiera.

Dokument znajduje się tu: LINK


Dodam, że medal, który jest poniżej już w przyszłą niedzielę zawiśnie na szyjach tych którzy szczęśliwie ukończą półmaraton w Grodzisku.




Anna Maria

23:21, lu.woznicki
Link Komentarze (11) »

Otóż wpadłem na genialny pomysł! Pomysł tyleż spontaniczny co niespieszny, inspirowany z kilku stron. Bo zanim wykrzyknąłem „Eureka!“, kilka rzeczy musiało się wydarzyć:

1. Poznałem, a właściwie wszyscy poznaliśmy Olę biegającą z Pestką. Przeczuwam, że gdyby nie ten pies, Ola nie byłaby dziś tam, gdzie jest :)
2. Moja koleżanka Maja wybrała się do zielonogórskiego schroniska, a pracująca tam kobieta wysłała ją na spacer z psem. Jak się domyślacie, Bogart już mieszka u Mai
3. Miejsce, gdzie poszli na spacer to okolice schroniska, czyli znane i lubiane ścieżki dla biegaczy MOSiR-u. Te, które eksplorowaliśmy przed dwoma miesiącami...

Z tych trzech przyczyn naradziła się śmiała koncepcja. Dlaczegóż by nie połączyć przyjemnego z pożytecznym i raz na jakiś czas nie zacząć treningów w schronisku? Wyobrażam sobie to tak: Kilku czy też kilkunastoosobowa grupa chętnych (bo psów wystarczy dla wszystkich) wybiera się do schroniska w biegackim rynsztunku, każdy bierze na smycz wybranego psa i rusza na pół godzinną, czy też godzinną przebieżkę. Teren w okolicy i ładny i płaski. Nie wiem jak biegacze, ale psy się raczej nie zmęczą.

Pomysł jest na razie na etapie kiełka. Piszę o nim, aby sprawdzić, czy znajdą się chętni. Jeśli tak, po Rzeźniku biorę na siebie załatwienie wszystkich formalności ze schroniskiem. Możliwe, że będzie trzeba wprowadzić jakieś poprawki do koncepcji, bo dowiem się czegoś, czego jeszcze nie wiem, np. że potrzebna jest specjalna smycz. Tak czy siak na razie widzę same korzyści:

1. Psy, które wiodą smutny żywot w klatkach, mogą się wreszcie poruszać
2. My mamy nowych przyjaciół i przesiąknięte głębszym sensem treningi
3. A może jak trochę podreklamujemy schronisko, więcej ludzi tam zajrzy?

Co wy na to?

chudy redaktor Woźnicki

20:59, lu.woznicki
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 28 maja 2012

Wczorajsze małe zamieszanie ze mną i Gosią w roli głównej - oboje wrzuciliśmy ten sam wpis :) - przypomniało mi o czymś, co już chciałem zrobić dawno temu. Sądzę, że najwyższy czas uwolnić bloga!

Rozbiegany miał być w zamierzeniu blogiem tworzonym nie przez jedną, dwie osoby, ale przez wszystkich, którzy mają na to ochotę i coś do powiedzenia o bieganiu. Po 1,5 roku funkcjonowania mogę powiedzieć, że cel udało się zrealizować w 200 proc. W styczniu 2011 r. nawet nam się z Atomem nie śniło, że kiedyś tu będą takie tłumy piszących i czytających. Za wasze relacje uparcie wklepywane w klawiaturę serdecznie dziękujemy - nie tylko w imieniu swoim, ale i wielu biegaczy. Nieraz już słyszałem słowa: Ja już o was wszystko wiem. Przeczytałem sobie bloga od początku :D

Teraz robimy kolejny krok i uwalniamy bloga, czyli proponujemy wam funkcję jego administratorów. Brzmi poważnie, ale de facto oznacza to, że wszystkim piszącym damy dostęp do wnętrzności Rozbieganego. Ktoś z was będzie chciał coś wrzucić, niech się nie krępuje. Obsługa jest banalnie prosta, opiera się na edytorze cms.

Jeśli ktoś ma ochotę dołączyć do grona adminów :) - na razie jest nas troje: Gosia, Atom i ja, niech napisze na biegamy@zielona.agora.pl. Prześlemy wszystkie informacje mailem. Hasło zresztą jest banalnie proste: admin1. Taki żart :)

look

13:40, lu.woznicki
Link Komentarze (6) »
niedziela, 27 maja 2012

Z góry wszystkich uprzedzam, że wpis ten nosi znamiona artykułu sponsorowanego, jest bowiem w całości pochwalny. Pomimo lekkich niedociągnięć ( brak oznaczenia dojazdu do biura zawodów) organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Wjeżdżając do Wolsztyna chwilę szukaliśmy Hali „Świtezianka”, w której zorganizowane było serce zawodów, ale jak powtarzał Zdzisław Salmanowicz ”Koniec języka za przewodnika”. 5 minut później byliśmy na miejscu.

 Dziewczyny odpowiedzialne za wydawanie pakietów startowych z uśmiechami na twarzy wręczały żółte reklamówki i koszulki - w odpowiednim rozmiarze! Pod halą gromadnie zbierała się Drużyna Gazety – w najładniejszych koszulkach, wzbudzając zainteresowanie zazdrosnych współuczestników. Widać, że większość z nich to półmaratończycy… Co tam dycha! Jakie zdenerwowanie? Dziewczyny kusiły przygotowanymi na późnej szarlotkami, a nasi nadworni rycerze dyskutowali nad wyższością krótkich spodenek nad długimi legginsami. Ba! Mieliśmy nawet własnego fotografa! Wszystko dzięki osobistym wtykom Anny Marii. Kilkanaście minut przed rozpoczęciem biegu chwila dla reporterów i ruszamy na linię startu. Z obawami zerkamy na rozchmurzające się niebo… czy będzie jak w Czerwieńsku? Oby nie.

Postanawiamy pokazać innym biegaczom, co to jest profesjonalna rozgrzewka. Zataczamy koło, panie prężą pośladki rozgrzewając biodra, panowie napinają bicepsy rozgrzewając ramiona. Stwierdzamy, że każdy sposób na zdezorientowanie przeciwnika jest dobry. 10 minut do startu. Ciągle mam wrażenie, że czegoś zapomniałam. Sprawdzam. Buty są, pulsometr jest, szminka nawilżająca (konieczność w tym słońcu) jest. MP3! NIE MAM! Ruszyłam pędem do auta. Bez muzyki nie biegnę. Moja głowa nie przyjmuje sapania, muszę je czymś zagłuszać, inaczej stanę niczym zamieniona przez Bazyliszka w kamień.

Udało się…

Mp3 na uszach, ostatnie słowa otuchy i lecimy. Gorąco. Na szczęście organizatorzy zadbali, by na trasie gęsto umieścić punkty z wodą (co 2,5 km). Nawet kurtyna wodna była, ale nie skorzystałam z jej uroków ostrzegana przed obtarciami, mogącymi być jej konsekwencją.

Koniecznie trzeba napisać o mieszkańcach Wolsztyna. Nie straszny był im upał, całymi rodzinami dopingowali rozgrzanych do czerwoności biegaczy. Jakże miło usłyszeć „Trzyyyynastakaaaaa”, kiedy w duchu modlisz się o koniec. Nie swój, lecz biegu. I wtedy na chwilę zapomina się o zmęczeniu. Trzeba się uśmiechnąć, postawę przybrać godniejszą, żeby ostatkiem sił wyglądać na świeżą, jak po porannym prysznicu.

Meta.

Upragniona, wyczekiwana, z medalami, wodą i różami. Każda z pań została dodatkowo nagrodzona pięknym czerwonym kwiatem. Buziaki od współtowarzyszy biegu, szybka wymiana wrażeń i lecimy coś z sobą zrobić. Punkt spotkania – stołówka. I kolejna niespodzianka. Bony? Jakie bony. Przed oczami rysuje się kolejka po grochówkę i kiełbaskę. Do czego ta kolejka? Do ostatniej paróweczki, jakby napisał Bareja.  

http://www.kakofonia.pl/PL/PLmis/kolejka.wav 

Nie tutaj. Jedna, dwie… żaden problem, grochóweczkę proszę jeszcze sobie zjeść.

Po biegu zasłużony odpoczynek, zimne piwko. Rozeszliśmy się do samochodów, a w głowach wielu z nas rozpisywał się plan na przyszłe starty. Ale zanim wpiszemy się do kalendarza na kolejny bieg widzimy się na wzgórzach. Do zobaczenia we wtorek o 18:30.

Raz jeszcze dziękuję za możliwość spędzenia tego dnia w tak wspaniałym towarzystwie.

 

A oto dowód, że koszulka otrzymana w pakiecie startowym jest używana ;)

 

Poniżej link do fotorelacji:

https://picasaweb.google.com/105308206197827157207/IWolszynskaDycha27052012?authkey=Gv1sRgCJWm9fWH35beIg

Małgosia

11. 30 jestem w drodze do Wolsztyna. Emilia prowadzi, a ja odbieram telefon od Anny Marii z pytaniem :"Gdzie jest biuro organizacyjne?". I tak się zaczęły pierwsze wolsztyńskie kłopoty. Ale spokojnie… nie było tak źle. Generalnie było super, tylko początek to jak falstart.

Wjechałyśmy do Wolsztyna około 12.00. A tu: brak jakiegokolwiek oznakowania.  Strzałek, ludzi kierujących ruchem. Zaczepiałam przechodniów, którzy kierowali mnie z jednego miejsca w drugie. Zaczęłam się denerwować, a właściwie to byłam wściekła jak atakujący pitbull. Od brata miałam numer telefonu do organizatora wyścigu, więc dzwonię: " Jestem na rondzie ofiar katyńskich , gdzie mam zjechać?"- pytam miłej pani. A pani podaje mi nazwę jakiejś ulicy. Matko! Gdybym była z Wolsztyna, to bym Świtezianki nie szukała, chyba jest to logiczne, prawda? Może zbyt ostro potraktowałam panią, ale byłam już wściekła od tego krążenia po mieście.

W końcu na miejscu. I tu kolejna Kucha. Nie ma gdzie zaparkować. Żółci ludzie, tzn. młodzież w koszulkach sponsorów, nie wiedzieli gdzie można zostawić samochód, za to  wiedzieli, gdzie nie można. Kocham ten kraj! W końcu znalazłyśmy miejsce.

A później to już były same miłe niespodzianki. Wywieszona lista nazwisk. Alfabetycznie, więc łatwo było siebie znaleźć. Później kolejka po numery startowe. Mnóstwo gadżetów od sponsorów, no i koszulki. Miła pamiątka będzie. Uśmiech na twarz wrócił. Drużyna prawie w komplecie, więc wszystko gra. Można ruszać!

Ten kto wymyślił bieg o 14.00 w pełnym słońcu sam powinien zrobić przebieżkę tą trasą parę razy. Koszmar. Gorąco, a ja w czarnych długich spodniach i czarnej koszulce. Fakt, mój błąd. Czas odwiedzić Gosię i się w "krótki" sprzęt zaopatrzyć.

Dostałam pulsometr. Dacie wiarę, człowiek to czasami ma szczęście, ale jakby co to się podzielić mogę. Jak ktoś biegnie w Grodzisku to proszę bardzo, bo ja dopiero o Parszywą zahaczę, albo w Zielonogórskiej  Połówce wystartuję.

Tak narzekam i marudzę, ale było kilka super niespodzianek. Np. lejąca się z nieba woda. No nie z nieba dokładnie, ale z węża strażackiego, albo hydrantu. Nie wiem co to było, ale stało  to coś na środku trasy i umilało nam życie w ten upał.

Przed samą metą chciałam przegonić pana z wózkiem dziecięcym, ale rady nie dałam. Cóż. Trzylatek był przede mną na mecie. Ale za to końcówkę leciałam sprintem i wszyscy czekali na mnie. Świetne uczucie być wycałowanym przez pół Drużyny. Byłam dumna, a po chwili zawisł na mej piersi medal potwierdzający uczestnictwo w Pierwszej Wolsztyńskiej dziesiątce.

No i oczywiście była obiecana szarlotka. Nawet dwie, bo Emilia też upiekła. I tu z przykrością stwierdzam, że jej placek był lepszy niż mój. Dużo lepszy. Ale co tam. I tak wszystko zostało zjedzone.

Przez chwilę byłam także nadwornym fotografem drużyny i zrobiłam Mateuszowi zdjęcie jak odbiera wylosowany bon na paliwo. Mam także, a właściwie Gosia ma, bo to jej aparat, fotki  Agnieszki - zwyciężczyni tego biegu. Aga trzyma w ręce czek na 700 zł. To była główna wygrana. Chyba zacznę więcej trenować, bo bardzo by mi się te 7 stówek teraz przydało..

Endorfiny jak zwykle u mnie szaleją. Choć tym razem to pewnie nie tylko przez samo bieganie. Ale o tym cicho sza, bo wszystkiego przecież nie mogę Wam mówić.

Monia

Więcej zdjęć Gosi i Łukasza z I Wolsztyńskiej Dychy - KLIK W LINK

czwartek, 24 maja 2012


Marzy się nam taaaki wielki zielonogórski bieg!

Towarzysze ze ścieżek biegowych! Niewiarygodne, ale prawdziwe: ruszyły zapisy na nasz pierwszy, zielonogórski półmaraton! Nie wierzycie? Sprawdźcie: www.polmaraton.zgora.pl

Ostatnie tygodnie poświęciliśmy na przygotowania najlepszej imprezy w Polsce. W naszych głowach kłębiły się myśli, czasami lepsze, czasami gorsze. To, co wydawało się tak odległe, w jednej chwili było w zasięgu ręki. Narodził się pomysł, by dać innym kawałek siebie. Wspólnie ze Stowarzyszeniem „Warto jest pomagać” postanowiliśmy zorganizować w Zielonej Górze ŚWIĘTO BIEGOWE - akcję, która połączy w całość wspaniałą zabawę, sportową rywalizację oraz pomoc innym.  Charytatywny wymiar akcji jest tym, co odróżnia nasz bieg od pozostałych. Cały dochód z imprezy  przeznaczony zostanie na działania stowarzyszenia.

22 września o godzinie 15.00 sparaliżujemy całą Zieloną Górę! Pobiegniemy głównymi ulicami miasta niesieni dopingiem rozstawionych wzdłuż trasy zespołów muzycznych oraz zagrzewających do walki szkół. Podczas, gdy ci więksi rywalizować będą o jak najlepsze miejsca, zmagając się z trasą i własnym zmęczeniem, ci mniejsi pomocnicy rywalizować będą o miano szkoły z najlepszym dopingiem. Zespoły muzyczne walczyć będą o zaszczyt wystąpienia przed gwiazdą wieczoru na scenie głównej, a reprezentanci szkół o wór piłek.

Gdy biegacze pokonywać będą kolejne kilometry naszego półmaratonu, na stadionie, na którym odbędzie się finałowy koncert trwać będą imprezy towarzyszące. Z pewnością żaden maluch nie zazna minuty nudy!

Do dopingu zapraszamy także mieszkańców Zielonej Góry. Jest to impreza organizowana dla wszystkich, przez zielonogórzan dla zielonogórzan, przez biegaczy dla biegaczy…

Kiedy zmęczenie nieco opadnie i uda się złapać głęboki oddech przed uczestnikami akcji wystąpi gwiazda wieczoru. Kto to będzie? Tajemnica… Okrasimy to pokazem sztucznych ogni jakich nikt nigdy nie widział!

Mamy ambicję by było to biegowe święto. By był to najfajniejszy bieg w Polsce. W paru biegach już pobiegliśmy, parę imprez biegowych już widzieliśmy. No i chcemy mieć swoją. Zróbmy to razem!

Zapraszamy was do współpracy. Żeby to wszystko ładnie zagrało, potrzebujemy łańcucha ludzi dobrej woli. Poszukujemy szczególnie sponsorów chętnych do promocji poprzez sport. Może znacie takie osoby? A może wasi znajomi znają takie osoby? :) Na stronie www.polmaraton.zgora.pl znajdziecie kontakty do osób funkcyjnych. Jeśli macie jakieś pomysły to koniecznie nam o tym powiedzcie. Niech to będzie nasz wspólny bieg i nasze wspólne święto!

Czekamy na informacje od was!

                                                                                         

     Organizatorzy



środa, 23 maja 2012

Za chwilę wypali armata i nasza kapitan Kasia (ta najładniejsza) pobiegnie po prawie rekord trasy

Już po raz drugi miłośnicy sztafetowego biegania spotkali się w Rawiczu na 24-godzinnym biegu po plantach. 18 drużyn rywalizowało ze sobą, przeciwnikiem, zmęczeniem, czasem i wysoką temperaturą. Sporo tego... A jednak po zakończeniu zawodów wszyscy wyjeżdżali zadowoleni.

Michał, Robert, Jakub N., Andrzej, Adam, Maciej, Waldek, Jakub Sz. przyjęli zaproszenie (niektórzy ponownie) do zespołu ZPB Kaczmarek Run Team i mego rodzinnego miasta. Krótkie spotkanie zapoznawcze, rejestracja, odprawa i organizacja własnego „boksa”, który na 24 h miał stać się naszą bazą odpoczynkową. Tradycyjnie już o godz. 17 wystrzał z armaty oznajmił start biegu. Jako kapitan drużyny miałam zaszczyt ruszyć na pierwsze okrążenie... i od razu padłyby rekord trasy wśród kobiet, gdyby nie fakt, iż wg regulaminu czas tego okrążenia nie może być czasem oficjalnym. Prawie - robi różnicę ;) Trudno... może za rok, gdyż niestety nie udało mi się już tego wyniku powtórzyć. Nauczeni zeszłorocznym doświadczeniem postanowiliśmy robić zmiany co jedną pętlę, czyli co 2,8 km. Pierwsza zmiana minęła szybko, w końcu ekipę mieliśmy wyśmienitą! Do północy biegaliśmy tym systemem, by podzielić się potem na 3-osobowe grupy biegające w sumie 12 okrążeń. Jedni biegali, reszta miała odpoczywać... i tak do godziny 7. To teoria. A praktyka? Spałam 2 razy po pół godziny! Między swoimi zmianami odwiedziłam również Orlika, na którym mąż grał w piłkę nożną. Oprócz bowiem biegu, w ramach Rawickiego Festiwalu Sportu, odbywał się 24-godzinny turniej piłkarski, turniej koszykarski oraz całodobowe zawody pływackie (pływała ekipa ratowników z basenu CRS). Wspólny nocleg na Sali Domu Kultury sprzyjał integracji międzydrużynowej, ale chyba nikt na to nie miał siły. Michał przyjechał nawet z własnym łóżkiem, zakupionym na tę okoliczność przez żonę ;)

Noc była w miarę przyjemna, choć chłód i zmęczenie dawały się we znaki. Każdy z nas marzył, by zakończyć swoją zmianę w ramach trójek i by zaczął się kolejny dzień. Przyznam jednak, że takie nocne ściganie ma swój urok. W niedzielę tempa nie zwolniliśmy. Nie mogliśmy - prowadziliśmy bezpośrednią walkę o 11. miejsce! Każde okrążenie dokładnie analizowaliśmy i mierzyliśmy, a rywalizacja z ZSZ Rawicz nastawiała nas bojowo. Zwłaszcza Roberta ;), najmłodszego i najszybszego członka drużyny! Udało się to miejsce utrzymać do końca zawodów. Zadowolona byłam bardzo, bo okazało się, że do małego Rawicza przyjechała niemal czołówka biegaczy polskich. Poziom biegowy był niesamowicie wysoki. Rozmowa w zwycięskim Van Pur Wrocław wyglądała mniej więcej tak: „kilometr - ile?”. „3.19”. „czemu tak słabo?”... i to już po 12 h ścigania! Takich wyników nie udało nam się osiągnąć, ale na pewno bawiliśmy się lepiej niż niemal mdlejący co okrążenie wrocławianie. W ramach kategorii „PRAWIE” walczyłam z koleżanką z Krynicy o największą liczbę przebiegniętych km i prawie bym wygrała na tę okoliczność rower turystyczny z koszyczkiem. Ostatecznie „przegrałam” o 5 km, a za drugie miejsce nagrody niestety nie było. Do domu wróciłam piechotą...

Żeby wywalczyć 11. miejsce w Rawiczu, trzeba mieć taką ekipkę: Kuba II, Michał, Kasia, Andrzej, Maciek, Waldek, Adam, Kuba I, Robert

Przebiegliśmy w sumie 325 km, poprawiając wynik z zeszłego roku. Wliczając rundę honorową pokonał niemal każdy z nas dystans maratonu. I to w jakim tempie! Na scenie odebraliśmy pamiątkowe medale oraz statuetkę za udział w imprezie.

Dziękuję chłopakom za duże zaangażowanie, walkę na każdym kilometrze i wspaniałą atmosferę. Łatwo nie było, ale na pewno warto to było przeżyć. Za rok impreza na pewno się odbędzie. Już nie mogę się doczekać.

Kapitan
Katarzyna K.



Pierwsza:

- ma kształt podłużny

- owalny w przekroju

- kolor słomkowy z zewnątrz, wewnątrz różowawy

- długość ok. 15 cm

- w dotyku sprężysta, jednolita

- wpisana na listę produktów tradycyjnych 14 listopada 2007 r.

- była produkowana już w czasach zaborów i od razu zyskała sławę i rozgłos

Druga

- ma kształt sześcianu

- w niedzielę jest zamknięty

- stoi na rawickich plantach

- i gdy biegacz go widzi, to się cieszy

Trzecia

- trzeba się na niej szybko ubierać, a po tym rozbierać

- jest nieuchronna jak kara

- wyczerpująca jak odpowiedź

Rozwiązania zagadek znajdziecie na końcu tekstu. Na początku znajdziecie prawie złotą myśl: Najlepsze na świecie jest bieganie w sztafecie. I mówię to serio, bez cienia ironii. W ogóle nie żałuję, że przez dobę zasuwałem po plantach w Rawiczu jako członek sztafety ZPB Kaczmarek Run Team.

Żar lał się z nieba. Pospać się nie dało, bo dechy twarde, a spod nich dudniła dyskoteka. Kurz na trasie. Skurcze mięśni w przerwach między zmianami. I pewnie jeszcze 16 innych argumentów by się znalazło, żeby wspominać ten bieg źle. A jednak wspominam dobrze i polecam. Raz na pewno warto spróbować. Bo to trochę inne bieganie niż półmaratony, dziesiątki itp. Praca zespołowa; atmosfera czekania na swoją zmianę; ulubieni bohaterowie z drużyny - zawsze gotowi do odrobiny drwiny; dialogi Waldka z Kubą I - bezcenne (!); boksy drużyn; nocna, przyspieszona wachta; no i te 24 godziny... Było nie było, jakieś wyzwanie. Aaa, bo bym zapomniał o uścisku dłoni burmistrza! Zresztą nasza znakomita kapitan, znana i ceniona nie tylko w Rawiczu, Kasia Kaczmarek zaraz wam to wszystko lepiej opisze. W każdym razie uważam, że za rok warto tam wystawić sztafetę Drużyny Gazety.

I wreszcie dla niecierpliwych rozwiązania zagadek:

Pierwsza

Kiełbaska rawicka - raczyli nas tymi kiełbaskami na kolację, śniadanie i obiad. Skosztowałem. I jakoś nie zostałem fanem. Ale - myślę sobie - pozbieram ile się da, wezmę do domu i przynajmniej pies Zula będzie miał z mojego biegania jakąś frajdę. Wpadam w niedzielę wieczorem do domu, a tam gromadka gości, grill, kończy się im mięsiwo. No to dorzuciłem te kiełbaski rawickie. Wszyscy zachwalali! Pies Zula nawet nie powąchał.

Druga

Kiosk ruchu - nasza pętla po plantach miała 2,8 km. Kiosk stał tak gdzieś na 400 m przed metą i gdy się go widziało, to każdy biegacz już wiedział, że odpoczynek tuż tuż.

PS Na zdjęciu jest podróba. Oryginału nie mogłem znaleźć w necie.

Trzecia

Zmiana w sztafecie - ruszasz, przejmujesz koszulkę, nakładasz już w biegu. Trzeba pędzić, bo drużyna czas odlicza. Na finiszu, lecz nie wolno za wcześnie, zdejmujesz koszulkę, przekazujesz. Minęło ok. 12 minut. I dopiero wtedy możesz w spokoju wypluwać płuca. Czynność powtarzasz kilkanaście razy (rekordziści kilkadziesiąt) w ciągu doby. Ciężko, ale naprawdę nie ma tragedii.

atom

I na koniec jeszcze zdjęcie z dedykacją dla Piotra. Będzie mógł przez kolejny rok szydzić, że jestem mistrzem ubioru nieadekwatnego do pogody. Ale blask słońca trochę tu przekłamuje. Właśnie kończyła się nasza nocna zmiana

wtorek, 15 maja 2012

Żołnierze 10 Brygady Kawalerii Pancernej ze Świętoszowa stanęli na podium w górskim ekstremalnym maratonie na orientację „Rudawska Wyrypa”. Na terenie Rudaw Janowickich rywalizowało ponad 170 sportowców z całej Polski. Zawodnicy mieli do wyboru dwie trasy: na 50 i ekstremalną na ponad 100 km. Właśnie na tym najtrudniejszym dystansie zwyciężył porucznik Marcin Pawłowski, a starszy chorąży Mariusz Plesiński zajął 3 miejsce na trasie powyżej 50 km.

Zawodnicy na kilka minut przed startem otrzymywali mapę na pierwszą cześć trasy, na której zaznaczonych było 11 punktów kontrolnych do odnalezienia. Na półmetku mogli skorzystać z przepaku, gdzie mieli dostęp do swoich rzeczy, oraz otrzymywali mapę na drugą część zawodów. Biegi na orientację charakteryzują się tym, iż trasa pomiędzy kolejnymi punktami nie jest jednoznaczna, a zawodnicy sami wybierają różne warianty do pokonania. Powoduje to, iż dystanse mogą odbiegać od siebie i zazwyczaj są znacznie większe niż optymalny wariant podany przez organizatora.

- Limit na pokonanie długiej trasy pieszej wynosił 30 godzin. Jednak ogromny dystans (w sumie ok 114 km), górzysty i trudny technicznie teren (suma przewyższeń wyniosła ponad +4500 m) oraz bardzo wymagająca nawigacja sprawiły, iż tylko czterem zawodnikom z całej stawki udało się odnaleźć wszystkie 36 punktów kontrolnych. Bardzo się cieszę, że znalazłem się wśród tej czwórki - mówi porucznik Pawłowski.

Świętoszowski zawodnik dodatkowo uzyskał najlepszy czas - 20 godzin i 28 minuty, co zdeklasowało rywali. Drugiego zawodnika na mecie wyprzedził o ponad 5 godzin!

Na trasie 50 km wśród około 120 zawodników znalazł się kolejny zawodnik z 10BKPanc starszy chorąży Mariusz Plesiński, który pokonał trasę w czasie 7: 44 minuty zajmując III miejsce.

- Początek rajdu ułożył się po mojej myśli, po 15km jako pierwszy w gronie 5 najlepszych zawodników w stawce ukończyłem odcinek specjalny. Po kolejnych 20 zacząłem odczuwać wysokie tempo i temperaturę około 27 stopni. Zmęczenie spowodowało, że kolejne kilometry dochodziłem do siebie i nie obyło się bez błędów nawigacyjnych i złych wariantów. Trasa  to 55km i około 2000 m podbiegów. Końcówka to także wiele błędów i ostatecznie zajęte III miejsce jest moim dużym sukcesem - opowiada starszy chorąży Plesiński z 10BKPanc.


Dariusz Kudlewski, Fot. Mariusz Plesiński

 

Witam. W ostatnim mailu pochwaliłem się, że zapisałem się na maraton w Poznaniu. Czas nie stoi w miejscu. Z tej okazji założyłem sobie bloga motywującego, w którym będę opisywał swoje przygotowania oraz od czasu do czasu ogólne przemyślenia dookoła biegania. Blog znajduje się

TUTAJ

Może kogoś zainteresują wypociny szaleńca, który porywa się na 42 kilometry. Na razie tylko dwa wpisy, sam blog jest na jeszcze nieoszlifowany, ale czytać się da. Zapraszam serdecznie!

Pozdrawiam Mateusz

12:05, lu.woznicki
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
↑ top | | design by kate_mac