Ten blog powstał, aby rozkręcić bieganie w Zielonej Górze i okolicach miasta. Jest też po to, aby pokazać biegaczy i udowodnić, że bieganie uszczęśliwia, wyszczupla, odmładza, wzmacnia ciało, rozjaśnia umysł, no i zwiększa ochotę na seks Chcesz pobiegać z nami? Napisz na: biegamy@zielona.agora.pl
środa, 23 lipca 2014

Ciąg dalszy zmian w naszym stałym rytmie treningowym. Otóż na czwartek (24 lipca) są dwie opcje do wyboru:

1. Ta zapowiedź już wstępnie padła - kto z was ma ochotę zapoznać się z trasą Zielonogórskiej Połówki (najsłynniejszy polski półmaraton), to właśnie w najbliższy czwartek o godz. 19 stawia się na parkingu przy Medyku i stamtąd na 10-kilometrową pętlę wyruszą dwie grupki, jedna wolniejsza, druga szybsza.

2. Ponieważ część osób we wtorek się określiła, że kompletnie nie ma ochoty na bieganie po chodnikach i ulicach, to w najbliższy czwartek o godz. 19.30 zbiorą się na parkingu przy Amfiteatrze i zaatakują wzgórza. Śmiało można do nich dołączyć!

Jeśli chodzi o zmiany na sobotę, to pewnie znów lepiej będzie zacząć wcześniej niż zwykle. Co powiecie na powtórkę z godz. 8.30?

atom

00:50, lu.woznicki
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 lipca 2014

Kryjemy się przed upałami i na wtorek (22 lipca) zmieniamy godzinę rozpoczęcia treningu. Na parkingu przy amfiteatrze spotykamy się wyjątkowo o godz. 20. Bardzo serdecznie zapraszamy! Co będzie do przebiegnięcia? Jeszcze nie wiem, ale mam nadzieję, że coś krótkiego. Tak, że przed nocą zdążymy, tylko zwyciężymy...

atom

11:17, lu.woznicki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 lipca 2014

Z krwawiącym sercem przekazuję wiadomość, że trening w najbliższą sobotę (19 lipca) przesuwamy z godziny, która pozwalała się choć troszkę wyspać, na niehumanitarną godz. 8.30!!!

Zbiórka tradycyjnie na parkingu przy amfiteatrze, a w programie długi i powolny bieg po naszych ukochanych Wzgórzach Piastowskich, a na koniec dla ambitnych jeszcze porcja rytmów.

Na trening, co już u nas tradycją wcale nie jest, zapraszamy także w najbliższą niedzielę. Zbiórka o godz. 19.30 na parkingu przy stadionie lekkoatletycznym MOSiR (ul. Sulechowska).

atom

10:36, lu.woznicki
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 lipca 2014

O biegu sztafetowym „Od Ratusza do Ratusza” dowiedziałam się przypadkiem w trakcie naszego cotygodniowego treningu na Wzgórzach Piastowskich :)

Od razu spodobała mi się ta inicjatywa i w oka mgnieniu, zupełnie spontanicznie powstała nasza drużyna. Nazwa była oczywista „Drużyna Gazety Zielona Góra”.

Dopiero po przeczytaniu regulaminu trochę się przeraziliśmy. 100 km w 9 h?! Z naszych skrupulatnych obliczeń wynikało, że to... NIEMOŻLIWE! Mimo to, postanowiliśmy podjąć wyzwanie.

 

Kolega Jarek przygotował szczegółową rozpiskę (za którą go podziwiamy!) i postanowiliśmy zmierzyć się z tym dystansem.

Stawiliśmy się na starcie w składzie (od lewej): Jarosław Hyła, Sylwia Kuźnik, Marek Bryszkowski, ja, Marcin Kruk.

Przez całą trasę towarzyszyła nam wspaniała i niezastąpiona Wiesia Hyła oraz nasz osobisty fotograf, moja (również niezastąpiona) córka Klaudia.

[teraz na chwilę w opowieść Ani wtrąca się wszędobylski redaktor atom, by wyjaśnić, że Wiesię znajdziecie na zdjęciach poniżej, Klaudia to oczywiście ta z aparatem Nikon. Natomiast pana z blastikową butelką prosimy nie kojarzyć z naszą sztafetą. W każdym razie w tym roku nie był powołany :) ]

Od początku byliśmy nastawieni głównie na dobrą zabawę i bez wątpienia bawiliśmy się świetnie. Daliśmy się też porwać odrobinie rywalizacji, która ze zmiany na zmianę, coraz bardziej nas motywowała. Cała forma biegu sztafetowego, przekazywanie sobie szarfy, analizowanie czasów, współpraca, wzajemne wsparcie i dopingowanie wszystkich zawodników biegu stwarzało
niesamowitą atmosferę.

 

Niemożliwe okazało się możliwe! Ukończyliśmy sztafetę w czasie 8:18:38!  Jesteśmy z siebie bardzo dumni, bo nawet nie liczyliśmy na taki wynik.

Polecam wszystkim wzięcie udziału w tym wydarzeniu. Nawet tym, którym dystans 100 km wydaje się nie do przebycia. Wystarczy chcieć! A to zupełnie nowe doświadczenie pozostanie w pamięci na długo.

Gratuluję wszystkim sztafetom ukończenia biegu, szczególnie naszym zielonogórskim :) Miło było Was wszystkich spotkać na trasie i do zobaczenia za rok!

Anna O.

00:22, lu.woznicki
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 14 lipca 2014

Wyznaję, że coraz mocniej kocham bieganie w sztafecie. W sobotę przy okazji 22. edycji „Od ratusza do ratusza” znów dostałem szansę i już dziś proszę: za rok też niech mnie ktoś powoła!

Przed startem znakomita fotoreporterka Agata Michalak, (jeszcze) niekoronowana królowa portretów biegaczy, atuty naszej sztafety widziała trzy:

 

Prawda jest jednak taka, że bez Darii i Kasi daleko byśmy nie zabiegli.

 

A dopiero w piątkę byliśmy kompletni i zgrani jak załoga czarnej rakiety typu s-max.

 

Sami wiecie, że na wyliczankę wszystkich atutów Kasi zabrakłoby miejsca nawet w internecie. Ograniczę się do zatem do tego, że w sobotę Kasia wbiegała pod taką stromą górę, pod którą wcześniej nie zdołał wbiec żaden biały człowiek.

A jak raz na trasie wyprzedzała jednego Niemca, to ten z wrażenia przemówił czystą polszczyzną. Ale do powiedzenia miał tylko jedno krótkie, lecz wymowne i dołujące dla siebie słowo typu przesłanie: „Wiedziałem...”.

W ogóle Niemcy byli pod takim wrażeniem Kasi, że jeszcze na pożegnanie zrobili jej z zaskoczenia zdjęcie, gdy samochodem wracała do domu. Dziewczyna nawet nie zdążyła się uśmiechnąć. Niestety, takie zdjęcie może kosztować nawet ze sto euraków. Oby Niemcom nie chciało się wystawiać rachunku. No przecież złamaliśmy ten głupi zakaz najwyżej o jakieś 20 km/h.

 

Co dziwne, sobotni bieg Darii zestawia mi się w głowie z Mundialem w Brazylii. Nie powiem, że Daria wykiwała resztę biegowego świata jak Niemcy Brazylijczyków. Moje skojarzenie polega na kontraście. Bo piłkarskie mistrzostwa pełne były udawaczy, którzy po byle starciu lamentowali i nabierali sędziego na bolesne faule. Niechby nauczyli się gry z poświęceniem i zobaczyli oklejoną plastrami pewną tylną... część ciała Darii, która dla nas zwiała na bieg nieomal wprost z gabinetu zabiegowego.

Od razu zaprzeczę, jakoby moje pochwały dla Darii miały cokolwiek wspólnego z tym, że ubrała nas w dodające moc koszulki Made in Lord Vader, a w sobotę oddała mi 30 zł i dodatkowo ufundowała niemiecki placuszek ze śliwkami oraz zimne piwko!

 

Waldemar - tu zacytuję nestora zielonogórskiego dziennikarstwa sportowego - jest odzwierciedleniem tezy, że dla niektórych ludzi czas stanął w miejscu. Jego młodzieńczą formę fizyczną nawet jestem w stanie zrozumieć i ścierpieć. Ale na łopatki rozkłada mnie Waldemara dystans do rzeczywistości oraz podejście do spraw ważnych, nie mylić z ważniejszymi. Jest w nim chłopięca fantazja! Zapytajcie mnie przy najbliższej okazji o historię, jak Waldemar poszedł do sklepu, by kupić słuchawki...

Taką mam jeszcze do niego słabość, że we dwóch tworzymy pewien nieformalny fanclub. Ale to nasza głęboko skrywana tajemnica. O nią nie pytajcie!

 

Zbigniew. Hmm... Konwencja panuje niby taka, żeby o każdym napisać coś miłego. Ale w tym wypadku - wierzcie, że bardzo staram się - naprawdę będzie ciężko. Jak tak się tak z całych sił zastanowię, to może jednak wyszperam jedną rzecz. Otóż Zbigniew po biegu pożyczył mi pod natryskiem swoje mydło i ugryzł się w język, gdy już chciał rzec: - Tylko nie zużyj za dużo!

No dobrze, chyba wiadomo, że się droczę, bo tak serio Zbigniew wykonał dla nas najtrudniejszą robotę. Stanął do walki wśród asów atutowych wszystkich drużyn. I jak dla mnie, to on tej walki nie przegrał. Pod wrażeniem jestem, jaki postęp zrobił przez ostatni rok.

 

Na sam koniec krótko o człowieku, którego wszyscy przecież doskonale znacie i cenicie za punktualność. Na pierwszej zmianie człowiek ów obiecał sobie, że musi wyprzedzić ośmiu konkurentów. I wyprzedził ośmiu. Tym rozochocony, na drugiej najdłuższej swojej zmianie, obiecał sobie, że musi wyprzedzić 10 konkurentów. Ale wtedy wyprzedził tylko jednego. Dlatego na trzeciej zmianie ów człowiek już niczego sobie nie obiecywał. Bardzo słusznie zresztą, bo - jak się później okazało - nie wyprzedził już nikogo. Na mecie odebrał nagrodę dla najskromniejszego uczestnika biegu.

atom

PS

Zwykle po biegu „Od ratusza do ratusza” redakcję naszej gazety zasypują listy z pytaniami od czytelników: Dlaczego szybki jak strzała Maciek Jasek znów nie biegł z wami w drużynie? Uprzedzając lawinę kolejnych dociekań, oświadczam:

Tylko strach przed Urzędem Skarbowym, którego Maciek jest najbardziej kąśliwym żądłem, oraz błogosławiony stan szanownej małżonki Maćka - Sylwii powstrzymują mnie przed otwartym komentarzem w tej sprawie.

A trzeba wam wiedzieć, że w ubiegłym roku Maciek poprzestał „jedynie” na zdradzie drużyny. Natomiast w tym roku - nie dość, że znów zdradził, to jeszcze na ostatniej zmianie podjudzał niejakiego Mariana, żeby odebrał nam 40. miejsce, na które w pocie czół harowaliśmy.

I Marian nam odebrał.

Bardzo dziękujemy ci, Maćku...

Drugi PS

W drodze powrotnej gadaliśmy m.in. o tym, ile czasu mogłoby nam zabrać ponowne przebiegnięcie 100 km bez specjalnego odpoczynku po pierwszej setce. Proszę (jeszcze) nie wzywać psychiatry. Tylko tak sobie gadaliśmy...

03:27, lu.woznicki
Link Komentarze (5) »
środa, 09 lipca 2014

Gdyby przypadkiem zdarzyło się tak, że ktoś jeszcze zagląda na nasz blog, informuję, że w czwartek (10 lipca) wyjątkowo nie biegamy po wzgórzach.

O godz. 18.30 zapraszamy na parking obok stadionu MOSiR przy ul. Sulechowskiej. Przygotujcie czas i siły na długi, ale za to ciekawy i pełen przerw trening ;)

atom

11:59, lu.woznicki
Link Komentarze (4) »
niedziela, 29 czerwca 2014

Brawa dla Bractwa Biegaczy za rekordową Parszywą
12. I brawa dla wszystkich, którzy zmierzyli się z trasą, rywalami i swoimi
słabościami. Startowaliście? Jesteście ciekawi, jak to wyglądało?

http://www.zielonagora.sport.pl/sport-zielonagora/1,130887,16241685,Bohaterowie_Parszywej_Dwunastki__WIELKA_GALERIA_.html

23:47, lu.woznicki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 czerwca 2014

Ile ważył plecak, który wykończył Maćka. Tajemnica śmierci borsuka. Dlaczego Adam ukrywał przed nami, że tak naprawdę nazywa się Filip Stol? Czy jadłospis na punkty prowiantowe ktoś układał po obejrzeniu filmu „Miś”? I kiedy zaczynasz się modlić, żeby już nie było z górki? To wszystko w opowieści o naszej brawurowej wyprawie na Karkonoską Stówkę.

Wyobraźcie sobie, że ktoś proponuje, żebyście w piątek wieczorem, gdy normalni ludzie siedzą w domach, kinach czy knajpach, wyruszyli w góry, zasuwali 100 km po Karkonoszach przez całą noc w deszczu, wichrze i chłodzie oraz jeszcze przez pół dnia błądzili, szukając skrytych przy szlakach schronisk, wspinali się na szczyty, zbiegali w dół, by za chwilę znów się wspinać i jeszcze sami za to wszystko zapłacili...

Normalnie należy kogoś takiego grzecznie wysłuchać, uśmiechać się, przytakiwać, udawać zainteresowanie, obiecać, że na pewno wszystko rozważymy, oddzwonimy. A następnie bezzwłocznie skontaktować się z lekarzem lub farmaceutą...

Ale w sumie nas nikt na to wszystko nie namawiał. Sami chcieliśmy! Przed rokiem szlak przetarli Radosław i Waldemar. Dali radę. A my im pozazdrościliśmy. I w tym roku ruszyliśmy na Karkonoską Stówkę do Vrchlabi o wiele większą ekipą:

 

Standardowo opis takiego zdjęcia należy zacząć: w górnym rzędzie od lewej... (i tylko dlatego zaczynam od siebie) Andrzej Atom Tomasik, Adam As Szulc, Maciej Morciu Orciuch, a w dolnym rzędzie Radosław (przyszły) Senator Brodzik, Krzysztof Lis Lisowski, Legendarny Waldemar Macias.

W wyprawie uczestniczyła także przemiła familia Krzysztofa oraz przemili biegacze Marcin Kruk i Grzegorz Gorzechowski, którzy pojawią się na zdjęciach nieco niżej. A jeszcze w sobotę - nowym, wspaniałym wozem - dojechali do Vrchlabi nasi wierni i także przemili kibice. Dziękujemy, dziękujemy!

Po drodze Maciek został królem baru sałatkowego jeleniogórskiej Pizzy Hut, a już na miejscu As zaskoczył wszystkich gruntowną znajomością języka czeskiego. Błyskotliwie załatwił sprawę, która wydawała się nie do załatwienia. Najtaniej z nas wszystkich dostał się na listę startową. Panią z biura zawodów ujął opowieścią o kłopotach z bankiem i internetem. Karel Gott nie załatwiłby tego lepiej!

Niestety, później okazało się, że Czesi jednak nie są tak całkiem w ciemię bici. I owszem, wzięli od Asa ulgową wpłatę. Ale później z klasyfikacji wynikało, że As zasuwał 100 km po górach i naraził się na atak hipotermii, a cały jego trud poszedł na konto Filipa Stola z miejscowości Mnichovo Hradiste.

Sam Filip Stol odmówił komentarza w tej sprawie do czasu, gdy zostaną ujawnione wszystkie okoliczności śmierci borsuka....

Przed startem mieliśmy lekkiego stracha. Nie trzeba doświadczenia na górskich ultramaratonach, by wiedzieć, że to wcześniej czy później będzie bolało. Ale ogólnie humory jeszcze nas nie opuszczały. Dodawaliśmy sobie otuchy uzbrojeniem w latarki, żele energetyczne itp.

Znów królował Maciek. Jego plecak wypełniał ośmiokilogramowy bagaż. Niczym w koszyku Czerwonego Kapturka znajdowały się tam same smakołyki. Na ostatnią chwilę przed startem Maciek jeszcze zdarł z Marcina softshell i dozbroił się dodatkowo.

>>>>>>>>>>>>>PRZERWA NA REKLAMĘ<<<<<<<<<<<<<<<<

Kiedyś przed maratonem nabyłem w sklepie Gosi i Łukasza galaretki, które spożywa się przed wysiłkiem. Mogło to nie mieć żadnego związku, ale zapamiętałem, że dobrze mi się po tym biegło. Przed stówką nie wyobrażałem sobie wyprawy bez tych galaretek. Kupiłem trzy. Pożarłem - jedną
przed startem, dwie na trasie. One były moja ostoją i natchnieniem. I stąd wziął się tytuł opowieści.

>>>>>>>>>>>>>POWRÓT DO OPOWIEŚCI<<<<<<<<<<<<<<<

Ruszyliśmy.

Nasza sześcioosobowa grupka porwała się na dwie podgrupki już po kilku kilometrach. As szybko zdążył zgubić rękawiczki, a w Harrachovie natknął się na trasie na martwego borsuka. Sam byłem święcie przekonany, że borsuk żył, tylko wystraszył się watahy ludzi biegnących z latarkami. Ale pół godziny później borsuk nadal leżał na trasie w tym samym miejscu i było już jasne, że nie udaje.

Grono startujących oraz organizatorów błyskawicznie obiegła wieść, że to niejaki Morciu z Polski śmiertelnie dziabnął zwierzę kijkiem do nordic walking. Stanowczo zaprzeczamy!

 

Noc trafiła się najczarniejsza na świecie. Stawka się rozciągnęła. I gdy zostawałem sam na szlaku, był klimat jak w „Blair Witch Project”.

Na dodatek zrobiło się stromo, ślisko, było zimno i padało. A trudność Karkonoskiej Stówki oraz innych podobnych biegów polega m.in. na tym, że nie znakuje się trasy. Uczestnik musi sobie radzić. Ale po zmroku łatwo zbłądzić. Dlatego na rozwidleniach dróg starałem się zawsze upolować jakiegoś Czecha, który wyglądał na doświadczonego stówkowicza.

Czujność straciłem, gdy było już widno. Pięknego wschodu słońca w górach nie przeżyłem. Wszystko spaprały chmury. Natomiast trochę poczułem się za pewnie. I tak oto wygrałem konkurs na najgłupszą pomyłkę na trasie!

Otóż na 53. km już stałem przed drzwiami schroniska z punktem kontroli i bufetu, już dosłownie położyłem rękę na klamce. Ale coś mi nazwa nie pasowała. Dlatego nie pchnąłem drzwi, nie sprawdziłem, co się dzieje w środku. Pognałem do następnego schroniska, a później jeszcze do innego. Aż dowiedziałem się, że muszę wracać w dół właśnie do tego budynku, którego nie
sprawdziłem. Pół godziny poszło się trzepać.

 

Wściekłem się. Ale na szczęście nogi jeszcze niosły. Goniłem stracony czas. Pomijałem kolejne strefy bufetowe. Wpadałem tylko podbić kartę i w drogę! Zresztą naprawdę mili organizatorzy K100 chyba oglądali komedię „Miś” i zapamiętali scenę z baru mlecznego, gdzie dało się zamówić purre ze smalcem, a kiedy skończyło się ze smalcem, to było jeszcze purre z dżemem.

Na stówce wprawdzie nigdzie nie pojawiło się purre, za to wszędzie leżał chleb z dżemem i chleb ze smalcem.

Mały kryzys czyhał na mnie przy zejściu ze Śnieżki. Zaczynał się ten czas, w którym już wolałem, żeby było bardziej pod górkę niż z górki. Gdy droga prowadziła stromo w dół, bolały piszczele. A z czasem bolały bardziej.

Myślałem wtedy o Marcinie i Grześku. Wiedziałem, że są gdzieś niedaleko i zmagają się z 25-kilometrowym dystansem. Obaj biegają w sumie od niedawna, dopiero zbierają startowe praktyki. I na pewno nigdy wcześniej nie zmierzyli się z tak trudną trasą, jaką zastali w górach wokół Vrchlabi.

Czułem, że jeśli będzie im za ciężko i się nie spodoba, to wina spadnie na mnie. Na szczęście Marcin (nr 117) i Grzesiek (nr 116) wpadli na metę w dobrym czasie, zdrowiu i humorze. Za rok chyba nie trzeba będzie ich nawet namawiać. Marcin nazajutrz po starcie wstał najwcześniej ze wszystkich i znów biegał po górach

 

My, stówkowicze, nazajutrz byliśmy połamani tak, że ledwie kuśtykaliśmy. Ze spraw bolesnych dodam jeszcze, że motywacja opuściła mnie na 96. km. Ostatnie cztery kilometry dłużyły się i nie cieszyły. Żałowałem wtedy, że nie mam z kim pogadać. Radek z Adamem oraz Krzysiek z Waldkiem finiszowali w parach. Może dzięki temu było im raźniej.

Bieg Maćka skończył się po 52 km. Skurcze łapały go już pół godziny po starcie. Walczył. Bronił się dzielnie. Ale skurcze były bezlitosne i w końcu Maciek musiał się poddać. Już po wszystkim żartowaliśmy, że jego ciężki plecak też nie był tu bez winy.

Ja pod koniec zaliczyłem jeszcze dwie drobniejsze zmyłki na trasie pt. Znikający niebieski szlak. Aż wreszcie zza  drzew wyłoniła się monumentalna wieża kościoła we Vrchlabi. Wtedy już wiedziałem, że za kilka minut tam będę. Za rok chyba zresztą także. Nocna stówka po górkach to naprawdę jest ciekawe wyzwanie i przygoda! Tyle że to już przeżyłem. Przy następnej okazji zaatakuję dystans K55.

Dziękuję za uwagę i przepraszam, że tak się rozpisałem.

atom

Wyniki z naszych biegów dostępne są na:

http://www.sportchallenge.cz/pl/vybrat_zavod/vysledky?id_zavod=1420

01:36, lu.woznicki
Link Komentarze (9) »
wtorek, 17 czerwca 2014

Ponieważ padły pytania, czy w najbliższy czwartek trenujemy, odpowiadam: trenujemy!!!

Mimo że święto, a dla niektórych zaczyna się długi weekend, to o godz. 18.30 ruszamy spod amfiteatru na wzgórza i bardzo serdecznie zapraszamy. W planie 8 km plus 6 razy 100 m wieloskoków.

Jest jeszcze inne, ale jakże ciekawe zaproszenie. Ponoć na ostatnim treningu spontanicznie pojawił się pomysł i trafił na podatny grunt, że w piątek (20 czerwca) o godz. 20 integracyjne piwo biegaczy w Międzywojence.

W imieniu frakcji, która w piątek wieczorem zamiast do Międzywojenki wyruszy na trasę karkonoskiej stówki, proszę integrujących się, byście trzymali za nas kciuki, wznosili toasty i posyłali w góry dobre myśli.

atom

22:57, lu.woznicki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 czerwca 2014

Trójka przedstawicieli Drużyny Gazety w składzie: Kasia Worona, Staś Szmudanowski i Łukasz Zawadzki pojawiła się w sobotę wieczorem we Wrocławiu na II Nocnym Półmaratonie.

Tak naprawdę była to pierwsza taka impreza biegowa we Wrocławiu bo ubiegłoroczna została w ostatniej chwili odwołana więc numerację uznaję za sprytny zabieg organizatorów mający na celu poprawienie sobie statystyk i wizerunku.

Tym razem jednak wszystko było dograne na tip-top i pięciotysięczna masa truchtaczy wyległa na ulice Breslau skąpanego początkowo w promieniach zachodzącego słońca, a już za chwilę pięknie oświetlonego przez lampy, latarnie, reflektory i inne źródła sztucznego światła.

Świetnie się biegło przez zabytkowe dzielnice - zwłaszcza Ostrów Tumski - choć w niektórych miejscach owego światła brakowało i można było wpaść na innego biegacza lub potknąć się na kostce brukowej, która od czasu do czasu pojawiała się pod stopami.

Na trasie było sporo kibiców - zwłaszcza w miejscach, które w sobotni wieczór uchodzą popularne - także nie można było narzekać na brak dopingu. Zdarzali się jednak niezdyscyplinowani kibice próbujący przedostać się z rowerami na drugą stronę ulicy, przecinając drogę biegającym. O mały włos nie staranowaliśmy z Kasią takiej właśnie desperatki. Generalnie więc bieg upłynął w miłej atmosferze i w pięknych okolicznościach wieczornego Wrocławia. Polecam ten bieg wszystkim i fajnie by było spotkać się tam w przyszłym roku w większym gronie :-)    

20:49, lu.woznicki
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 51
↑ top | | design by kate_mac