Ten blog powstał, aby rozkręcić bieganie w Zielonej Górze i okolicach miasta. Jest też po to, aby pokazać biegaczy i udowodnić, że bieganie uszczęśliwia, wyszczupla, odmładza, wzmacnia ciało, rozjaśnia umysł, no i zwiększa ochotę na seks Chcesz pobiegać z nami? Napisz na: biegamy@zielona.agora.pl
sobota, 28 marca 2015

Jutro ukaże się poprzytokowe słowo na niedzielę, a dziś... Państwo pozwolą! Ewa Szumigraj i jej zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia:

https://plus.google.com/u/0/106780484266591597879/posts/FJWu3KE8VyD?cfem=1&pid=6131388549900715570&oid=106780484266591597879&authkey=CM2tuMSxpZrWJw

23:49, lu.woznicki
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 marca 2015

Poprzez prawidłowe odżywianie nie tylko możemy być zdrowi, ale też wpływać pozytywnie na naszą kondycję, wytrzymałość, wydolność czy siłę.

Jako biegacze musimy wprowadzić pewne modyfikacje do diety, pamiętając oczywiście o wszystkich zasadach zdrowego żywienia, których powinniśmy przestrzegać.

Przede wszystkim musimy zadbać o odpowiednią podaż węglowodanów, które są dla nas głównym źródłem energii i to one dają nam moc do biegania. Powinny stanowić ok. 60 procent codziennej diety i dość powszechne ich ograniczanie jest dużym błędem. Znajdziemy je głównie w produktach zbożowych, jak pieczywo, kasza, ryż, makaron, ziemniaki – w postaci złożonej oraz w formie prostej, czyli w cukrze, miodzie, owocach, dżemach, słodyczach. Produkty pochodzące ze zbóż powinny być pełnoziarniste i dostarczać dużo błonnika (np. pieczywo, razowe, grube kasze, brązowy ryż, pełnoziarnisty makaron), ale bezpośrednio przed treningami czy zawodami wskazane są produkty oczyszczone, jak np. biała bułka, biały ryż, aby błonnik nie powodował dyskomfortu ze strony przewodu pokarmowego podczas biegania. Z kolei po treningu zjadamy węglowodany proste, aby szybko uzupełnić zapasy energii. Jeśli bieganie jest również naszym sposobem na zrzucenie wagi to pamiętajmy, że „tłuszcz spala się w ogniu węglowodanów” i żeby ten właśnie tłuszcz właściwie się spalał i był dla nas również źródłem energii, niezbędne są właśnie węglowodany.

Niezwykle ważne jest spożywanie 4-5 posiłków dziennie. Niezbędne jest pierwsze śniadanie (do 1 godz. po obudzeniu się!), ponieważ w przypadku jego braku obniża się metabolizm, wydajność i przez cały dzień nasz organizm pracuje na zwolnionych obrotach. Ma to znaczenie nawet wtedy, gdy trening wykonujemy po południu czy wieczorem. Poza tym nie wychodźmy na trening na czczo. Jest to dozwolone tylko w przypadku krótkiego, mało intensywnego treningu (ok. pół godziny), pod warunkiem, że zjedliśmy bogatszą w węglowodany kolację. Poza tym niezbędna jest nawet mała przekąska, jak banan, koktajl na ok. pół godz. przed aktywnością, a najlepiej pełne śniadanie na 1-2 godz. przed treningiem.

Najlepiej przetestować co nam służy. Jeśli na śniadanie zjemy pieczywo pełnoziarniste lub płatki owsiane i poczujemy się źle, to najlepiej zmienić to na produkty łatwostrawne – białe pieczywo, owoce, płatki kukurydziane.

Główne posiłki staramy się jeść od 2 do 4 godzin przed treningiem (np. kanapki z serem, jajkiem i sałatką, kurczak z ryżem i sałatką, pilaw, płatki owsiane z mlekiem), a na 1 godz.-pół godz. przed, możemy zjeść przekąskę (np. owoce świeże, suszone, jogurt, koktajl). I zawsze jemy po treningu – mamy 2 godziny na uzupełnienie węglowodanów i białek, a możemy spożyć np. koktajl, owoce z jogurtem, kanapkę z tuńczykiem. Pomijanie posiłku po wieczornym treningu jest bardzo powszechnym błędem – jedyne co dzięki temu możemy stracić, to własne mięsnie, które będą musiały być wykorzystane do pozyskiwania energii. To nie może być obfity posiłek, jeśli niedługo położymy się spać, ale koktajl owocowo-mleczny, kanapka, sałatka z mięsem, czy twarogiem będą dobrym wyborem.

I pamiętajmy o sporej ilości warzyw i dwóch porcjach owoców, które powinny być częścią każdego posiłku. To nie tylko produkty zawierające witaminy, minerały czy błonnik, ale też mające działanie alkalizujące, przez co zapobiegają zakwaszaniu organizmu.

Bardzo istotna jest także odpowiednia ilość i rodzaj płynów. W czasie treningu utraconą wodę i elektrolity najlepiej uzupełniać wodą mineralną (nie źródlaną!) niegazowaną (aby pęcherzyki gazu nie prowadziły do tzw. odbijania się, które spowoduje podniesienie przepony i utrudni pracę układu krążenia oraz oddychania) i napojami izotonicznymi (polecam te, które możemy zrobić sami). To co wybierzemy zależy od intensywności i długości treningu. Podczas wysiłku mało intensywnego, trwającego do 1 godz. wystarczy woda. Najkorzystniej pić zarówno przed, w czasie, jak i po sportowym wysiłku.

Zawody

W okresie na 3-5 dni przed zawodami stosujemy również dietę wysokowęglowodanową. Na 4 godziny przed zawodami (czyli o godz. 7 przed półmaratonem Przytok) spożywamy węglowodany w postaci produktów, które nie zalegną nam w żołądku. Mogą to być kanapki, np. bułka pszenna lub grahamka z białym serem i miodem albo dżemem, czy wędliną drobiową i warzywami, ryż albo płatki kukurydziane/owsiane na mleku z owocami. Na ok. godziny-półgodziny przed startem najlepiej zjeść niskotłuszczową i niskobłonnikową przekąskę, która nam smakuje i dobrze ją tolerujemy, np. drożdżówka, banan, rozcieńczony sok owocowy, ciastko.

Przed półmaratonem musimy być odpowiednio nawodnieni, więc na 2-3 godz. przed startem wypijamy 350-500 ml płynów i w tym wypadku nie polecam tych z kofeiną, gdyż mają działanie moczopędne, a 10-30 minut przed ok. 200 ml izotoniku. Dobrze jednak jest nawadniać się już od poprzedniego wieczoru poprzez poranek (wtedy odpowiednia będzie woda mineralna). W czasie biegu także musimy uzupełnić płyny i węglowodany, pomogą nam w tym napoje, które zawierają glukozę i elektrolity, izotoniczne lub hipotoniczne (zawierają odpowiednio 60-80 g, 40-50 g węglowodanów na 1 litr), a popijamy je zanim nastąpi uczucie pragnienia. Zalecana jest się podaż 150-200 ml płynów co 15-20 minut.

Po zawodach musimy dostarczyć organizmowi płyny w ilości o 50 proc. więcej niż ich utrata, węglowodany, elektrolity, witaminy, białko. Po skończeniu zawodów wypijamy ok. 600-800 ml napoju (również najlepszy będzie izotonie) małymi porcjami, a potem przez 24 godz. dostarczamy płyny i elektrolity (mogą to być soki warzywne/owocowe). Spożywamy również produkty zawierające węglowodany proste (np. owoce, jogurt z owocami) i jemy węglowodanowy oraz bogaty w białko posiłek, np. kanapka z wędliną i warzywami, ryż lub makaron z mięsem i warzywami.

Julia Więcław

www.sportina.zgora.pl

dietetyk@sportina.zgora.pl



00:51, lu.woznicki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 marca 2015

Jak już zapewne wiecie, w sobotę o 10 spotykamy się w Przytoku, żeby przeżyć prawdziwą rozgrzewkę z trenerem Remkiem, trochę pobiegać, pogimnastykować się, a po tym wszamać kiełbasę przy ognisku, łyknąć wyjątkową herbatę, pogawędzić.

Do Przytoku można oczywiście dojechać autem czy rowerem. Ale zawiązała się też grupka inicjatywna, której członkowie zamierzają po prostu pobiec do Przytoku.

I jeśli ktoś ma ochotę się przyłączyć, to zbiórka w sobotę o godz. 9.15 przy klubie „u Ojca” na UZ. Stamtąd znany przewodnik PTTK Johny Tomala poprowadzi Was urokliwą leśną trasą (ok. 7 km) do pałacu w Przytoku. Obiecuję nie pobłądzić!!!

atom

22:01, lu.woznicki
Link Komentarze (8) »
niedziela, 22 marca 2015

Sobotni test formy wypadł obiecująco i wszystko jest na dobrej drodze. Życzymy zdrowia! Tak, żeby już nic się nie popsuło. A w najbliższym tygodniu znów zapowiadamy urozmaicenie w zwyczajowym programie zajęć.

W sobotę 28 marca o godz. 10 bardzo serdecznie zapraszamy do Przytoku „starych” i nowych członków naszej drużyny i w ogóle wszystkich, którzy się z nami identyfikują, kumplują, dobrze życzą. Miejsca na trasie biegowej, a po tym kiełbasy, herbaty i chleba przy ognisku nie powinno zabraknąć dla nikogo. Trzymajcie tylko kciuki za słońce i zabierzcie ciuchy, żeby po biegu włożyć na siebie coś suchego!

Szykujemy się do startu w Półmaratonie Przytok, zatem sobotni trening w Przytoku będzie dla nas troszkę jak integracja, a troszkę jak aklimatyzacja. Ale zapoznania z trasą półmaratonu nie planujemy. Po solidnej rozgrzewce przebiegniemy się ok. 10 km.  Po drodze mogą zdarzyć się urozmaicenia...

Zaprosiliśmy trenera Remka Wierzbickiego, któremu zawdzięczacie wszystkie pomysły na treningi. Trener zaproszenie przyjął. Gdybyście zatem nosili w głowie jakiekolwiek biegowe wątpliwości, nie wahajcie się - skorzystajcie z okazji i pytajcie o wszystko.

Przed sobotą czekają nas oczywiście dwa treningi o godz. 19 w parku Tysiąclecia.

Oto rozpiska na ósmy tydzień przygotowań:

wtorek - swobodny bieg 8 km, rozciąganie, a po tym zadanie domowe - ćwiczymy mięśnie brzucha, w sześciu seriach wykonujemy po 15 powtórzeń różnych ćwiczeń, mogą być nożyce poziome i pionowe, kółeczka itp.;

czwartek - najpierw 4 km swobodnego biegu, przerwa na ćwiczenia sprawnościowe, a po tym 4 km biegu w szybszym niż pierwszy etap, rozciąganie;
sobota - do przebiegnięcia ok. 10 km w tempie według samopoczucia plus to, co trener po drodze wymyśli; rozciąganie.

A to kilka obrazków z sobotniego sprawdzianu:





 



20:57, lu.woznicki
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 marca 2015

Grudzień. Gdzie jest ten śnieg, co to miał być, a co go nie ma? Nie ma i nie będzie. Za to na feju pojawia się info, że Andrzej planuje imprezę biegową. Od jakiegoś czasu już o tym słyszałem, ale zakładałem, że to będzie taka dłuższa „Parszywa 12”. No i w istocie dystans był nieco dłuższy… Ostatecznie okazało się, że prawie dziesięciokrotnie. O ciupaga! Sam nie dam rady, nie ma opcji. Ale, ale… można lecieć w sztafetach. No, teraz już lepiej, nie ma to jak dzielić z kimś ból ;). Tylko z kim?

Na jednym z grudniowych treningów na Trasie Północnej z Maliną ustaliliśmy, że startujemy razem. Potrzeba jeszcze dwóch osób, decyzja szybka: Ania i Rado. No to mamy komplet. Elegancko! Skoro już to ustaliliśmy, to temat został nieco w zawieszeniu. Aż do dnia zapisów.

Dzwoni Malina - ruszyły zapisy, trzeba się logować, tylko jak nazwiemy sztafetę?!?.

- Daj mi chwilę - mówię i odzywam się za parę minut. – Mam.

- No dawaj!

- Fellatio Neon Quartett.

- Fajnie brzmi, ale… co to ku..a znaczy ?!?

- Hehe, sprawdź w słowniku Kopalińskiego – mówię.

Mijają ze dwie minuty.

- O rzesz Ty! Ale jaja, dobre! A co powiemy jak ludzie zaczną pytać co to znaczy?

- Eeee, powiemy, że lubimy włoskie jedzenie – wypalam.

- No dobra, a co na to Anka i Rado?

- Zostaną postawieni przed faktem dokonanym, trudno, nazwa jest zbyt zajebista, żeby ją negocjować.

- OK.

No i tak też się stało, nazwa się przyjęła wśród uczestników naszej sztafety bez większych oporów, powiem więcej, ku generalnej ich uciesze.

Teraz nic, tylko potrenować. Trochę po wzgórzach, trochę po lesie i po asfalcie. A w tak zwanym międzyczasie, pod koniec stycznia, wystartowaliśmy z Anią, Marią i Radem w Półmaratonie Gór Stołowych. Ponieważ Han Maliniak Solo został w domu, my wystartowaliśmy jako Tercet Egzotyczny. Troszku nas te górki potargały, ale ni ma letko. Ultra to ultra, nawet jak na raty.

Aha, przed wyjazdem w Góry Stołowe spotkaliśmy się, żeby ustalić strategię. Ergo – kto startuje w jakiej kolejności, kiedy się zmieniamy i gdzie. No nieźle, miał być bieg, a zaczyna się harcerstwo. Mapy, kilometry, przeliczanie, a czy tam w ogóle dojedziemy samochodem?

Ostatecznie podział był następujący: staruje Malina – leci do pierwszego oficjalnego punktu żywieniowego (ok 24 km) w Jarogniewicach i… kończy udział w sztafecie. Zapomniałem nadmienić, że wyżej wymieniona zaangażowała się w organizację tegoż przedsięwzięcia i miała pomagać składać ten punkt w Jarogniewicach. Druga miała biec Anna Maria, a potem Radomir i ja. I potem jeszcze raz AM, Rado i ja.

Fot. Nic do dodania, poza tym, co napisane…

No to skoro ustaliliśmy co, kto, kiedy i jak, to warto by się z trasą zapoznać. Po wgraniu śladu trasy (dzięki Kaktus!) na Garmina (dzięki Łukasz!) pojechaliśmy w czwórkę na rekonesans. Kurczę, niezłe te nowe technologie (stary dziadu!), GPS prowadził jak po niteczce. Objechanie prawie całej trasy, no w zasadzie punktów zmian, zajęło nam prawie cztery godziny! Potem jeszcze przydałby się trening, więc z Anią i Maliną udaliśmy się trasą ‘do krzyża’ („na kolana chamy, śpiewał Lucjan Pavarotti”!) i z powrotem. Rado odpuścił, bo się przeziębił. Jak się wkrótce miało okazać, nie on jeden…


Fot. Zapoznanie z trasą live


Fot. Znakujemy z Radem trasę „na pieska”.

Tydzień przed startem. Lekkie napięcie przedmie.. yyy przedstartowe, a ja we wtorek smarkam dalej niż widzę i kaszlę jak po popularnych. Madafaka! No nic to, herba z cytryną, maliny, miód, imbir. No już chyba wszystko pływało w tym dzbanku z gorącym płynem. Na wszelki wypadek piłem z zamkniętymi oczami. Dwa dni minęły, jest trochę lepiej, ale cosik mi jakby na płucach siedzi. No rzesz w mordę! Do Aldemedu dzwonię… „Jesteś dwudziesty trzeci w kolejce…” Super! Dobra, spróbuję później. Po trzech godzinach przesunąłem się o dwie pozycje do przodu. No nieźle, do niedzieli otrzymam różową koszulkę lidera, ale to już zdeka za późno! Wieczór. Idę do fryzjera. W zasadzie do fryzjerki, która brzęcząc mi nad uchem maszynką nieco się zdziwiła, gdy zagaiłem: „nie zna Pani czasem jakiegoś, lekarza, który by mnie przyjął dziś wieczorem, albo jutro rano?”. W sumie to bardziej do siebie mówiłem, bo i tak nie liczyłem na jakąś pozytywną reakcję. Coś jakby: „ale dziś się zachmurzyyyyło, nie?”. A tu niespodzianka, Pani Sylwia (po tysiąckroć przepraszam, jeżeli pomyliłem imię, ale to w sumie nie istotne dla dalszego przebiegu akcji) ze zdolnością zbliżoną do Gosi Sz. (czytaj - trzymając telefon prawym barkiem!) dalej mnie jechała tą maszynką i dzwoniła do znajomej przychodni. „Za pięć minut mam oddzwonić” powiedziała po chwili. No, jest światełko w tunelu, pomyślałem, bo to w sumie ostatni dzień, żeby znaleźć ewentualnie kogoś na zastępstwo do sztafety, gdybym złapał jakieś poważniejsze choróbsko. No i.. co się okazało, pani doktor mnie przyjęła, zbadała i stwierdziła, że w zasadzie jest OK, tylko żebym coś na odkrztuszanie brał. Mało tego, nie skasowała mnie. A jednak są dobrzy ludzie na tym świecie ;)

Zaraz po lekarzu (i fryzjerze!) pojechałem do Maliny, tam się umówiliśmy na ostatnie doszczegółowienie pierdół i wgranie tych wszystkich niezbędnych aplikacji do śledzenia pozycji i wysyłanie sygnału w razie Wu. Przy okazji przetestowaliśmy malinowe wypieki do biura zawodów (przeszły test pomyślnie). No to w zasadzie wszystko mamy załatwione, poza… aktualnym śladem trasy. Miałem wgraną wersje 02, a tu się pojawiła 04, której już nie mogłem wgrać na zegarek. Ale z tego, co zauważyliśmy to dwie z trzech zmian trasy są na pierwszym odcinku, który ma biec Malina, a ona będzie biegła w tłumie, to się chyba nie zgubi.

Piątek. Biuro zawodów, odbiór pakietów, odprawa i sprawdzanie sprzętu. Dobrze, że byliśmy na samym końcu weryfikacji, bo by nas chyba wszyscy pogonili. Jak zaczęliśmy wypakowywać nasze plecaki, to Rudej cały stół zajęliśmy. Nieco wcześniej Andrzej mówił, na co trzeba zwracać uwagę, które fragmenty trasy są trudne, gdzie należy przebiec przez jezdnię i której jej strony się należy trzymać. Oczywiście wszystko zapamiętałem bez żadnego problemu… ale byli tacy, którzy gadali podczas odprawy i masz… pogubili drogę. No pech, przez nich musieliśmy ostatecznie wskoczyć trzy miejsca wyżej w rankingu sztafet. Jak się nie ma co się lubi, to się ma co się nie lubi.

Fot. Poka, poka. Zoba.

 

Fot. Ostatnie namaszczenie

Należy jeszcze dodać, ze organizatorzy zadbali o opiekę medyczną na trasie. Jak większa część męskich uczestników zdała sobie sprawę, kto będzie kierował quadem ratowniczym, bez wahania stwierdziła, że mogą się oddać w te ręce bez oporu. Ba, na wszelki wypadek prosili o bezpośredni numer komórkowy do tejże ratowniczki. Tja… (sory, zamyśliłem się, przypomniał mi się Słoneczny Patrol).

 

Fot. Ta, której imienia nie wolno wymawiać

No to dobra, deal jest taki – spotykamy się w biurze o 5.30, przekazujemy sobie znak pokoju (peace and satan) i Garmina, który nam będzie pokazywał ślad trasy, oraz ogarnie całościowo wynik naszych zmagań. Jeszcze w piątek wieczorem próbowałem złapać sputnika i pokazać Malinie co i jak, w końcu ona pierwsza leci. Jednakże (azaliż, wszelako, ajuści – niepotrzebne skreślić), szedł Sasza suchą szosą i strącił sputnika (dyskoteki nie budiat), no i Garmin nie odpalił. Dobra spróbujemy jutro. No i z dziesięć minut przed startem załapał, ale że Malina poszła pozować chyba do gazetki z Lidla, to już jej nie pokazałem jak włączyć aktywność. No ciul, ważne, ze trasę pokazuje. W ogóle jakoś tak szast prast i poszli konie. Nawet sonie piątek nie przybiliśmy. Ja próbowałem zapalić race, co mi wyszło średnio, a raczej w ogóle (sory orgi, to przeze mnie paliły się tylko z jednej strony…). Ale chyba i tak nikt nie zauważył. No, na zdjęciach w gazecie (nie tej z Lidla), było czerwono i zadyma jak pod Ypres. A za moje przekleństwa podczas rozpalania mam dożywotni zakaz wjazdu do Gumaru, ale to już inna historia.

 

Fot. Gazy bojowe pod Ypres

Po starcie udaliśmy się do Ani i Radomira celem smażenia naleśników i siedzenia na kanapie. Oba cele zostały osiągnięte. Jeden nawet bardziej od drugiego. Nutella, masło orzechowe, powidełka, papierosek (sportowcy!), kawka raz, kawka dolewka (na bogato!) i jesteśmy gotowi. W tak zwanym międzyczasie (co to w ogóle za wyraz jest ?!?) śledzimy Malinę na śledziu (wszyscy wiedzą, że to aplikacja do połowu ryb, ale jednak wolę przypomnieć). Rado namierzył ją sonarem, ale chyba błędnie, bo była w czołówce (nie chodzi o latarkę), a obstawialiśmy raczej tę tylną czołówkę. Ale pięła się nieźle na przód peletonu (muszę teraz posłodzić, bo pewnie będzie to czytać, a przed chwilą trochę po niej pojechałem). Także tego… no, zapakowawszy się z naleśnikami, termosem i innymi gratami zmierzmy ku Jarogniewicom. A tu niespodzianka. Malina przybiegła dobre 10 – 15 minut przed czasem. Dobrze, że na piwko się nie zatrzymaliśmy (a Rado potrafi namówić!). No to szybka zmiana, zegarek i opaska przekazane, kop na drogę i wio. Anka poleciała.

 

Fot. Kopen w dupen

Malina została, bo niby coś tam miała pomagać (ściemaaaa!), a my z Radem w auto i na następny punkt. Po drodze mała korekta, zatrzymaliśmy się pokibicować Ani i pojechaliśmy na miejsce zmiany, w Suchej. Tam pod cmentarzem czekaliśmy na Anię. No i parę osób się przewinęło: Ewa, pan w niebieskiej kurtce, pies komisarza, Andrzej z transparentem ‘Stówa wypruwa’ i Mania (znacie pewnie – prześladowcza).

Przejąwszy pałeczkę poleciałem dalej. Trasa fajowa, przez las, trochę piaszczysta, ale OK, paneli się nie spodziewałem (Bartez pozdrawiam!). Wyszło trochę szybciej niż zakładałem i przyszło mi za to przypłacić pod koniec tego dnia i tydzień później w Karkonoszach. Ale nie ma to tamto, lecę. Po 7 km stwierdzam, że jednak chyba za szybko, a Rado wspominał, że Ania też trochę niedysponowana po przeziębieniu i być może tylko jeden fragment pobiegnie. No to kurde warto by o tym wiedzieć teraz. Szybko telefon w biegu (niczym Atom na treningach, z tym że ja dyszałem do słuchawki, on zwykle prowadzi bez zająknięcia konwersacje w tempie 5:00). Ania się wykąpała (zapomniałem dodać, że towarzystwo pojechało sobie do domu w tak zwanym, yyy… wtedy kiedy ja biegłem, o), no i się okazało, że będzie dalej biec. Kamień z serca (baba z wozu… nie to nie to).

Po około 10 km dobiegłem do punktu odżywczego, spiłem szybką herbatę, wziąłem drożdżówkę (drugą Kasia wcisnęła mi do kieszeni – Ania potem zjadła) i wio. Ten fragment trasy już znałem, bo miałem okazję się z nim zapoznać podczas któregoś z treningów zapoznawczych z trasą. Kończyłem na wąwozie pod Przytokiem. Niby tylko 16 km, ale mnie wymęczyły. Szybko przebrałem się w suche ciuchy, żeby nie zmarznąć. Teraz poleciał Radomir. Całkiem nieźle mu poszło jak na jedynie parę treningów od czasu maratonu w Berlinie (w październiku 2014) oraz jeden start w Pasterce miesiąc temu. Pognał z intencją Taleta z Miletu. Tymczasem ja z Anią (Marysia została, bo źle się poczuła) pojechaliśmy na następny punkt zmian. Było to miejsce, w którym parę tygodni temu znaczyliśmy z Radomirem trasę…

Zajechalim na parking leśny celem poczekania na Marię (dogoniła Annę i przejęła od niej wszystkie złe cechy). Po chwili stwierdziliśmy, że kawałek podejdziemy, żeby wcześniej zrobić tę zmianę. Z Kawałka zrobił się dobry kilometr, ale okazało się to dobrą decyzją, bo Ania (teraz ona była na prowadzeniu) miała dość. Wszystko fajnie, ale zmieniłem ją na samym dole podbiegu. Ładny początek (najpierw powoli jak żółw ociężale… a potem jak czapla), ale jakoś się rozkręciłem, szybko minąłem punkt, na którym się nie zatrzymywałem (naleśniki mi już uszami wychodziły) i pognałem dalej w las co jakiś czas się obracając i sprawdzając, kto tam jest za mną. Było dwóch gości. Ten fragment miałem już odpuścić i biec rekreacyjnie. Jacha… 5:25 a ten koleś cały czas za mną, 5:17, a on się nie oddala. No, żeby Cię… dobiegłem w takim tempie do oczyszczalni przy żwirówce i nieco zwolniłem. Pozwoliłem, żeby kolega się ze mną zrównał i rzuciłem: „teraz to Ty prowadzisz”. On na to „ OK”. Wobec tego ja się teraz go uczepiłem jak rzep i siedziałem mu na plecach, przynajmniej trochę psychicznie odpocząłem.

Zbliżaliśmy się do lotniska w Przylepie. Ledwo już człapałem, bo zamiast zwolnić jak człowiek i odpuścić, dalej biegłem tym samym tempem. Przy życiu trzymała mnie jedna myśl: zaraz, przecież koło lotniska mieli być Łukasz ze Stachem. Oni na pewno będą mieli jakąś colę, albo inne świństwo, które da mi kopa na te ostatnie 2 - 3 kilometry.

Dobiegamy do lotniska, nie ma ich. Przebiegam koło lotniska, nie ma ich. Mijam lotnisko i nie uwierzycie… nie ma ich!!! Jak mogli mi to zrobić ?!?

 

Fot. Gdzie byliście jak was nie było?

No dobra, jakoś przeżyję, to już tylko do parku wiejskiego, tam będzie zmiana. WRONG AMIGO, zapomniałeś, że umówiłeś się z Radomirem, że twój odcinek będzie trochę dłuższy z dwóch stron. To oznacza, że zmiana będzie trochę dalej. Nieeee…. Taaaak, odpowiada garbaty anioł na moim prawym ramieniu. Wyciągam telefon i dzwonię do Anki: „gdzie jesteście”? „Jeszcze paręset metrów do torów”. Mijam park (teraz już w sumie miejski), biegnę dalej, a torów ni ma (cham się uprze i mu daj, na jak ma dać, jak ni mom). Za moment na horyzoncie widzę Radomira. No wreszcie! Dobiegam do auta, w locie ściągam zegarek i opaskę i przekazuję Radowi. Przebrałem się w kolejny zestaw suchych ciuchów i dawaj na metę. Teraz tylko koks i dziwki, no dobra żart, jestem kierowcą i szczęśliwym mężem, więc zadowolę się colą i ciastem.

Zajeżdżamy pod biuro zawodów, wspomniane ciacho (szacunek dla wolontariuszy!) i cola robią mi dobrze. No to kontrolnie zadzwonię do Radomira, powinien już powoli kończyć. „Gdzie jesteś? Dobiegasz do cegielni?” pytam. „No nie bardzo” słyszę głos w słuchawce, „jestem koło Kaczmarka, w zasadzie to idę”, „jak to idziesz?”, „no wypstrykałem się”, „o ciul, poczekaj”. Drugi telefon do Stacha: „Było koło was Radomir”? „No był”, „jak wyglądał”?, „tak sobie, raczej średnio”, koniec połączenia. „Ania, kończ ucztę, jedziemy zmieniać Radomia” oznajmiam. Szybko do auta, w tak zwanym (znowu ?!?!) międzyczasie (!@#$%), dzwonię do Rada: „ jedziemy po Ciebie, dojdziesz do Dany?”, „postaram się”. Zmiana miała miejsce ostatecznie na osiedlu leśnym, szybko zapiąłem numer, czerwoną lampkę (wyposażenie!), ściągnąłem Radowi chipa (mój już by oddany!) i fru go do kieszeni, żeby nie tracić czasu. No to go!

Pierwszy kilometr nogi zapamiętały 5:30, potem już było coraz lepiej (!), 5:45, 6:15 i 7:cośtam. Nie ma lipy, ja też się wypstrykałem. Przed samym boiskiem mama Ani próbował mi pokazać skrót, ale nim zaczaiłem o czym do mnie rozmawia, pobiegłem lekko naokoło (nadrobiłem z 5 metrów!). Banda czekała w komplecie, bo za cegielnią do nich zadzwoniłem. Wbiegliśmy na metę w komplecie i zmieściliśmy się w zakładanym czasie 10 godzin. Chyba z minutę zapasu nawet mieliśmy.

 

Fot. The end is the beginning is the end

Powiem tak, mi się podobało, bo było to coś więcej niż bieg. To planowanie, ustalanie zmian, korygowanie założeń (a jakże – życie!) i zabawa w dobrym towarzystwie (która skończyła się nota bene o trzeciej nad ranem, ale to już materiał na inny wpis). Ktoś ma ochotę na włoskie jedzenie? Nieźle gotuję…

 

P.S. Skorzystałem z fotek umieszczonych na fanpejdżu imprezy bez zgody autorów, za co ich serdecznie przepraszam!

Jakub Danisz

Zielona Góra, 10.03.2015

 

Odredakcyjne PeeS:

Powyższą relacją autor wygrał konkurs i w nagrodę zostanie Panem na znanym zamku.

A tydzień po zielonogórskim ultramaratonie ukończył w dobrym zdrowiu i humorze

II Zimowy Ultramaraton Karkonoski.

Cześć i chluba dla Jakuba :)

11:17, lu.woznicki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 marca 2015

Witajcie poweekendowo! Jesteśmy już bliżej niż dalej Przytoku. Zresztą ten Przytok pojawi nam się w planach nadzwyczajnie, integracyjnie i treningowo już niebawem. Ale o tym napiszemy oddzielnie.

Dziś wyjątkowa rozpiska na siódmy tydzień przygotowań. Wypada bowiem przed startowym debiutem poczuć smak biegu pod presją czasu. Dlatego w sobotę zapraszamy Was na bieżnię stadionu MOSiR przy ul. Sulechowskiej, gdzie urządzimy sobie sprawdzian na 10 km.

Oto kompletny plan:

wtorek - 6 km, to cztery parkowe pętle, swobodnego biegu, rozciąganie;

czwartek - 8 km, pięć i pół pętli po parku, swobodnego biegu, chwila oddechu, 6 x 100 m rytmicznych podbiegów, chwila oddechu, 6 x 100 m rytmicznych przebieżek po płaskim, w przerwach po 100 m truchtamy(!), rozciąganie;

sobota - 3 km bardzo wolnego, rozgrzewkowego biegu, chwila oddechu i... startujemy do biegu na 10 km, dystans staramy się pokonać jak najszybciej, rozciąganie.

10 km to aż 25 okrążeń wokół stadionu. Warto mieć przy sobie zegarek ze stoperem. Opowiemy wam, co z czasu na 10 km wynika w kontekście półmaratonu.

Pamiętajcie, prosimy - we wtorek i czwartek po staremu biegamy w parku o 19, za to w sobotę trzymamy się godz. 10, lecz tym razem wyjątkowo nie jedziemy na wzgórza. Spotykamy się na stadionie lekkoatletycznym MOSiR przy Sulechowskiej!

atom, zawa

23:09, lu.woznicki
Link Komentarze (3) »
środa, 11 marca 2015

Siostry i bracia w obcisłych gaciach! Nowa świecka tradycja podpowiada, byśmy na start w Półmaratonie Przytok przywdziali jednakowe drużynowe koszulki, które później staną się dla każdego użytkową pamiątką wspólnych przygotowań i startu (dla wielu debiutanckiego).

Zdaje się, że z wyjątkiem premierowej odsłony naszej akcji, kiedy urządziliśmy zrzutkę i każdy płacił za siebie, udawało się - dzięki sponsorom - obdarowywać uczestników akcji koszulkami-gratisami.

Jak będzie w tym roku? ...Też bardzo się staramy, żeby koszulki z nadrukami wyszły za darmo lub w cenie symbolicznej.

Tym niemniej stan faktyczny na dziś jest taki, że z jednej strony żadnego sponsora nie mamy potwierdzonego, a z drugiej strony już bardzo pilnie trzeba zebrać zamówienia na koszulki.

Prosimy zatem o deklaracje, ale tylko te osoby, które w pesymistycznej wersji będą gotowe wysupłać za koszulkę 40 zł.

Koszulki, o które zabiegamy będę rzecz jasna przeznaczone do biegania, w fasonach męskim i damskim, lekkie, oddychające itp.; najprawdopodobniej białe, ponieważ mocno wierzymy, że jednak dogadamy się z firmą/urzędem, a wtedy najłatwiej będzie zachować kolorystyczne warunki nadruku logo sponsora.

Decydujcie się szybko i na adres: biegamy@zielona.agora.pl wysyłajcie zamówienia wg wzoru: imię i nazwisko, rozmiar, indywidualny napis na koszulce (byle krótki - imię, ksywa, hasełko).

Na zamówienia czekamy do czwartku 19 marca!

atom, zawa

13:44, lu.woznicki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 marca 2015

Trener zaplanował dla was same krótkie i łatwe treningi. Gdyby komuś było mało i zdrowotnie nic nie dolegało, to w dni wolne od treningów można sobie zaaplikować półgodzinne przebieżki. Ale to dla ochotników! Program obowiązkowy na najbliższy tydzień wygląda następująco:   

wtorek - 6 km swobodnego biegu, czyli 4 okrążenia wokół parku, rozciąganie;

czwartek - 4 km swobodnego biegu, czyli (załóżmy, że trafiło na przodowników pracy) 3 parkowe okrążenia, 8 x 100 m rytmicznych biegów pod górę, a po tym 5 x 100 m też rytmicznie, tyle że po płaskim, rozciąganie;

sobota - 12 km swobodnego biegu, rozciąganie;

Do zobaczenia! Tak dla przypomnienia - we wtorki i czwartki o 19 na parkingu przy Urzędzie Miasta, w sobotę o 10 na parkingu przy amfiteatrze.

atom, zawa

21:54, lu.woznicki
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 marca 2015

Uwaga, uwaga, uwaga! Padło takie hasło, że w piątek o godz. 20 spotykamy się na integracyjnym piwku w Międzywojence.

Macie czas i ochotę? Przybywajcie! Trochę miejsca dla nas udało się tam dla nas zarezerwować. Piwa wypada spożyć tylko i aż tyle, żeby w sobotę o godz. 10 stawić się na treningu ;)

21:15, lu.woznicki
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 02 marca 2015

Mamy nadzieję, że po rekordowo długich treningach grupa Przytok 2015 żyje, ma się dobrze i nie straciła ochoty do dalszej zabawy w bieganie!

Wybaczcie, że w sobotę na ważnej i pewnie trudnej próbie 15-kilometrowej zabrakło dwóch ancymonów, którzy zwykle starają się robić za tzw. prowadzących. Dziękujemy Panu Józefowi i Jackowi, że wzięli na swoje barki role przewodników. Nas wprawdzie nie było nas na wzgórzach, ale mocno trzymaliśmy za was kciuki i sami też się nie oszczędzaliśmy, przemierzaliśmy inne fragmenty naszego wielkiego miasta. 

Mamy to już za sobą i zaczynamy z wami piąty tydzień przygotowań do półmaratonu. Obiecywaliśmy, że po rekordach będzie lżej. I oto:

Wtorek - 6 km, czyli 4 parkowe pętle swobodnego biegu, a po nich 5 razy po 100 m szybkich przebieżek. Przerwy między przebieżkami wypełnimy minutą marszu. Na koniec rozciąganie.

Czwartek - swobodny bieg przez 8 km, czyli pięć całych pętli plus jeszcze kawałek. Po chwili odpoczynku wyznaczamy odcinek 50 m drogi pod górkę, który pokonujemy 12 razy rytmicznymi podbiegami. Na koniec oczywiście rozciąganie.

Sobota - 10 km swobodnego biegu. Rozciąganie. A po tym wracamy do domu i wykonujemy po 15 powtórzeń 6 różnych ćwiczeń na mięśnie brzucha. Mogą być nożyce poziome i pionowe, kółeczka itp.

atom, zawa

01:17, lu.woznicki
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 56
↑ top | | design by kate_mac