Ten blog powstał, aby rozkręcić bieganie w Zielonej Górze i okolicach miasta. Jest też po to, aby pokazać biegaczy i udowodnić, że bieganie uszczęśliwia, wyszczupla, odmładza, wzmacnia ciało, rozjaśnia umysł, no i zwiększa ochotę na seks Chcesz pobiegać z nami? Napisz na: biegamy@zielona.agora.pl
wtorek, 07 marca 2017

Drogie biegaczki i drodzy biegacze! W czwartek (9 marca) zapraszamy na trening nadzwyczajny. Przed rokiem, jak pewnie pamiętacie, testowaliśmy buty mizuno. W tym roku Biegostacja i przedstawiciel marki Salomon zapraszają na test butów, które najbardziej kojarzą się z przełajami i biegami górskimi.

Ok. godz. 18:15 zapraszamy do Biegostacji (ul. Moniuszki), by dobrać obuwie do testu i ok. godz. 18:30 wyruszyć na przebieżkę. Do wyboru będą fasony damskie i męskie, ale liczba par i rozmiarówka występują w postaci ograniczonej. Jeśli jednak komuś nie uda się dopasować butów, to do przetestowania będą jeszcze zegarki suunto (nowe wypasione modele). Gdyby zaś i tego zabrakło, na nieformalnych członków naszej nieformalnej drużyny czekać będą jak najbardziej formalne karty gruborabatowe Biegostacji. Słowem: warto tam być!

Wiadomo, że salomony lepiej testuje się na leśnych ścieżkach niż na chodnikach. Ponieważ jednak ok. godz. 18:30 będzie już ciemno, polecamy zabrać czołówki, by spod Biegostacji wyruszyć na choćby symboliczną pętlę po Wzgórzach Piastowskich.

Czy podobnie jak rok temu przedstawiciel marki szykuje dla nas konkursy z nagrodami? W tej sprawie jeszcze czekamy na potwierdzenie.

atom, zawa

21:53, rozbiegany.blo
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 lutego 2017

Drogie biegaczki i drodzy biegacze! Zwykle o tej porze roku zapraszaliśmy na wspólne treningi i publikowaliśmy rozpiskę, by każdy początkujący amator biegania mógł w 10 tygodni przygotować się do startu w Półmaratonie Przytok.

W tym roku cisza, cisza, cisza, aż...

Troszkę później niż zwykle, trochę inaczej - bez medialnej otoczki, ale nasza Drużyna znów rusza do Przytoku! Załóżmy, że tamta formuła już się wyczerpała. I nadchodzi dobra zmiana.

Pałeczkę lidera przejmuje:

ankprzytok_polmaraton0981

Tak! Znany i lubiany Pan Józef. I już w najbliższy wtorek 7 lutego o godz. 18.30 Pan Józef będzie czekał na Was na parkingu przy Urzędzie Miasta.

Rozpiska zostaje ta sama - sprawdzona, gwarantująca sukces. Skoro jednak zaczynamy bez szumu medialnego i na treningach spodziewamy się przede wszystkim uczestników poprzednich akcji, a do półmaratonu pozostało już tylko 9 tygodni, to realizację planu zaczynamy od drugiego tygodnia rozpiski. Gdyby jednak przypadkiem czytał to ktoś, kto jeszcze nigdy z nami nie biegał, to też bardzo serdecznie zapraszamy! Tempo treningów będzie tradycyjnie dowolne i każdy powinien sobie poradzić.

Trzeba się liczyć z tym, że zabraknie nam siły przebicia, by np. załatwić sponsora na nowe drużynowe koszulki, ale postaramy się, by doszło do tradycyjnego integracyjnego treningu gdzieś poza Zieloną Górą. Najważniejsza w tym wszystkim ma być jednak atmosfera i chęć wspólnego trenowania. Im będzie nas więcej, tym milej.

PROGRAM ZAJĘĆ

wtorek 7 lutego, godz. 18:30, zbiórka na parkingu przy Urzędzie Miasta

czwartek 9 lutego, godz. 18:30, zbiórka na parkingu przy Urzędzie Miasta

sobota 11 lutego, godz. 9:30 (godzina rozpoczęcia sobotniego treningu jest do przedyskutowania), zbiórka na parkingu przy amfiteatrze

atom, zawa
(którzy też biegną do Przytoku)

11:25, rozbiegany.blo
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 grudnia 2016

Za kilka miesięcy kolejna edycja Ultramaratonu Zielonogórskiego Nowe Granice. W obu poprzednich pracowałam jako wolontariusz. Pomagam też przy innych biegach i muszę przyznać, że szczerze zastanawiam się, co sprawia mi większą frajdę – bieganie czy wolontariat.

Tak naprawdę to dwa różne zajęcia, ale myślę, że udział w zawodach jest ciekawszy od kiedy poznałam wszystko od drugiej strony. Zawsze obserwuję pracę wolontariuszy na innych zawodach i wiem, że nawet najfajniejszy pomysł na bieg może rozpaść się w drobny pył, jeśli zabraknie odpowiednio przygotowanych wolontariuszy.

wolontariuszki_w_lesie

Kiedy pytam ludzi, czy chcieliby pomóc w organizacji biegu, słyszę czasem pytanie: a co w zamian? Formalnie niewiele albo nic, ale w wolontariacie zyskuje się coś, czego nie da się przeliczyć na żadną walutę, co trudno opisać, co po prostu trzeba przeżyć. I właśnie o tym chcę spróbować napisać parę słów.

W poprzedniej edycji Nowych Granic pracowałam na punkcie odżywczym w Nowym Kisielinie. To jest ok. 46 km od startu, biegacze już są trochę zmęczeni, bywa, że niektórzy żegnają się już z zawodami. Pod koniec limitu czasowego przybiegła pewna pani, usiadła z boku. Jeszcze chwila, a nie mogłabym pozwolić jej biec dalej, na szczęście wstała kilka minut przed upływem czasu. Powiedziałam, że za chwilę trochę górek – chciałam ją ostrzec, a tymczasem ona parę dni później napisała, że „Pod górkę można podejść, z górki zbiec. Natomiast po płaskim trzeba gonić bez przerwy. I to jest najbardziej męczące”. I tak poznałam legendarną Hanię Sypniewską.

Hania_w_Jarogniewicach

Po zakończeniu pracy na punkcie pojechałam na metę, gdzie miałam wręczać medale kończącym bieg zawodnikom. W pewnym momencie przybiegła na metę dziewczyna, na którą chyba nikt nie czekał. Ledwo ją znałam, ale to nie miało żadnego znaczenia. Ona tak bardzo cieszyła się, że widzi znajomą twarz. Rzuciła mi się na szyję i rozpłakała ze szczęścia. A ja płakałam razem z nią.

Chwilę potem przybiegł młody człowiek. „Kochanie, dobiegałem!” – powiedział do czekającej na niego kobiety. „Dobiegliście, biegliście we dwoje. Do plecaka włożyłam Ci mój test ciążowy. Wkrótce będziesz tatą”. I co powiedzieć w takiej chwili? Jak opisać szczęście tego faceta?

Były też i śmieszne chwile. Na metę wbiega 2 panów. Gratulują sobie, a wtedy jeden mówi: „Biegłem z Tobą 50 km, ale obiecałem sobie, że dopiero na mecie zapytam, jak masz na imię”. Nie zauważył, że imiona były napisane na numerach startowych. Mina tego biegacza – bezcenna.

 dwaj_panowie_na_mecie

Czas powoli się kurczył, zostało parę minut do upływu limitu. Przy mecie pojawiło się parę osób wypytując na prawo i lewo: „Hanka już dobiegła?”. Hmm, nie, na liście zawodników, który dobiegli żadnej Hanki nie ma. I nagle jest, z daleka widać światło lampki, a po chwili niewysoką postać. Tłumek krzyczy z radości: „Haniaaaaa!!! Dawaj!!!!”. No i dobiegła, w limicie. Ta sama Hania, która spokojnie siedziała na punkcie w Kisielinie jedząc zupę. Na pozór niepozorna, ale ogromnie sympatyczna i niezwykle waleczna. Potem opisała tak: „Na trasie tęsknimy za punktami nie tylko z powodu papu. Oczekujemy ich ze względu na spotkanie z oczekującymi nas wolontariuszami. Podczas gdy pierwsi tylko przemkną tędy lotem błyskawicy, ci z ogona zatrzymają się, pogadają, podziękują. W zamian dostaną energetycznego kopa na dalszy odcinek”.

Czy muszę dodawać, że z niecierpliwością czekam na 27 lutego 2017 roku?

 Jeśli i wy chcecie być częścią fajnej imprezy, spotkać niezwykłych ludzi, przeżyć coś, czego dotąd nie znaliście, zgłaszajcie się do organizatorów biegów. Potrzebują Was w biurze zawodów, na trasie (najbardziej odpowiedzialna fucha) oraz na punktach. Nie musicie być pełnoletni, ale pełni zapału i odpowiedzialni.

 Poczucie humoru też się przyda! Na zdjęciu radosna twórczość wolontariuszy z biura zawodów ultramaratonu Nowe Granice :)

banan_nokia

 

Zatem do zobaczenia!

Katarzyna Fligier, 05.12.2016

14:10, lu.woznicki
Link Komentarze (1) »
czwartek, 15 września 2016

W ostatnich dniach parę razy zadano mi pytanie, czy Rollercoaster, nowy bieg organizowany przez Stowarzyszenie Nowe Granice, jest a) trudny, b) trudniejszy od… (tu wstawić dowolnie wybrany bieg). Hmm. A czy trzecia część przygód Bridget Jones jest lepsza od poprzednich? Czy szkocka jest smaczniejsza od czystej? Wakacje ciekawsze nad morzem czy w górach?

Na wszystkie te pytania odpowiedź brzmi: to zależy.

No właśnie.

Miałam okazję przebiec krótszą trasę Rollercoastera, czyli 10 km z małym hakiem. Biegam niemal wyłącznie po lasach, ale ta trasa jest jedyna w swoim rodzaju. Bardzo urozmaicona. Nie ma długich (nudnych) odcinków. Żadne 3km prostej ciągnącej się po horyzont. To trasa, którą zawsze chcieliście pobiec, ale baliście się spróbować. Jeśli stoisz na rozdrożu i nie wiesz, w którą stronę teraz, to Rollercoaster na pewno każe Ci skręcić. Jeśli w pobliżu jest górka, to z pewnością tamtędy biegnie trasa biegu. Prawie jak u Hitchcocka: wprawdzie nie ma na początku wystrzału (bo trasa zaczyna się łagodnym brukowym odcinkiem), ale potem napięcie stale rośnie i trzyma aż do Wieży Bismarcka. Ciągłe zakręty, podbiegi i zbiegi. I piękne ścieżki.

Co w zamian? Dobiegniecie tam, gdzie na pewno nigdy nie byliście. Zobaczycie miejsca, na widok których ciśnie się na usta klasyczne „k..a, jak tu pięknie!”. Posmakujecie wstępu do biegów górskich nie ruszając się z granic miasta.

Dla kogo to bieg? Trudno powiedzieć. Na pewno dla osób z pewnym doświadczeniem biegowym. Moim zdaniem półmaraton w nogach albo inny ponadgodzinny bieg. To propozycja dla tych, dla których w biegu liczy się coś innego niż wynik.

Tyle górek… czy dam radę? Znana w środowisku ultramaratończyków pani Hania Sypniewska powiedziała, że najgorzej, jak jest płasko. Bo jak są górki, to można sobie podejść, a z górki fajnie się zbiega, zaś po płaskim trzeba po prostu zasuwać.

Limit czasu na 8 km to 1,5 godziny. Biegnąc treningowo w totalnej ciemnicy przebiegłam w tym czasie całą trasę. Wystarczy czasu, by foty strzelić i na fejsa wrzucić.

A zatem? Przyjdź i spróbuj. Nie musisz decydować od razu czy biegniesz dychę czy połówkę. Dasz radę! Zobaczysz, że nie będziesz mógł /mogła się doczekać przyszłego roku, by pobiec to raz jeszcze.

 

Kasia Fligier

15.09.2016

22:08, lu.woznicki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 lipca 2016

13695144_10208472718353697_521684832_n

Kochani, dwójka biegaczy, których wszyscy znamy i kochamy, pokochała się nawzajem i w sobotę 23 lipca biorą ślub.

Anna Maria Włodarczyk i Radomir Pikula powiedzą sobie „TAK” w Urzędzie Stanu Cywilnego w Zielonej Górze o godz. 14:30. I będzie im niezmiernie miło, jeśli będziecie tam razem z nimi, by dobrze im życzyć i krzyczeć: gorzko, gorzko ;)

17:23, rozbiegany.blo
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 lipca 2016

Jeśli ktoś jeszcze nie zna smaku maratonu, a chciałby poznać, oto dziś (we wtorek 5 lica) z realizacją programu przygotowawczego wyrusza w 14-tygodniowy rejs załoga kapitana Piotra.

Będą się spotykać cztery razy w tygodniu: we wtorki i czwartki o godz. 18.30 oraz w soboty i niedziele o godz. 9 na parkingu przy amfiteatrze, by po ścieżkach Wzgórz Piastowskich kuć zahartowanie na maraton w Poznaniu (w tym roku 9 października, zapisy już ruszyły). Grupa jest otwarta na nowych chętnych, a tempo treningów narzuca takie, że raczej każdy biegający nadąży.

atom

12:28, rozbiegany.blo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 czerwca 2016

imggcsi49017EA4F24ED627205CAF635583814090B9FD2Empid7maxwidth1280maxheight923Najszybszy z naszych był Łukasz Wiśniewski (na zdjęciu), najbardziej udekorowaną parą miesiąca czerwca zostali Joanna i Krzysztof Drop, na brawa zasłużyli wszyscy, a zdjęcia robił Jarek Hyła. Chcecie, to oglądajcie:

LINK DO GALERII

16:21, rozbiegany.blo
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 czerwca 2016

Wierzyć się nie chce, ale odkąd pierwszy raz - w sumie dość przypadkowo - trafiliśmy do Vrchlabi na imprezę pt. Krakonošova Stovka, minęły już cztery lata. I zrobił się z tego rytuał, najciekawszy punkt każdego kolejnego sezonu.

DSC_00101Waldemar i Radosław, z błogosławieństwem karkonoskiego dziadka, pokonali najpierw jedną setkę, za rok drugą, po tym trzecią, teraz czwartą. Zdaje się, że ciągle nie mają dosyć. Cztery stówki, a im mało! Mnie jeden raz wystarczył. Przeżycie należy do kolekcji tych niezapomnianych, tyle że jednak ciut za długo. Dlatego po tym pokochałem dystans K55, który w tym roku oficjalnie wydłużył się do K58, a przez moje trzy indywidualne gafy gdzieś do ok. K61.

Tej wersji i tego dystansu zamierzam się trzymać. Ale na starcie dystansu głównego, kiedy o godz. 21 z rynku we Vrchlabi wybiega grupa dzielnych stówkowiczów, zwykle żałuję. I w tym roku też żałowałem, że razem z nimi nie wyruszam na nocną przygodę.

Zanim jednak w piątkowy wieczór znów poczułem ten rodzaj żalu...

Jechaliśmy. Już za Lwówkiem, ale jeszcze przed Jelenią Górą z niepokojem patrzyliśmy na ciężkie, ołowiane chmury. Wyglądało tak jakby wszystko, co w naturze mroczne i złe, skumulowało się w jednym miejscu, zawisło wprost nad Karkonoszami. A przecież zbliżaliśmy się właśnie tam, by przekroczyć bramy świata gór. Z odległości kilkunastu kilometrów odnosiliśmy dość ponure wrażenie, że w owym świecie rządy przejęły żywioły ulewnego deszczu oraz burzy i że czeka nas niechybne z nimi spotkanie.

Na szczęście, nie taki diabeł straszny... Od wewnątrz sprawy miały się znacznie lepiej. Co zaś najbardziej istotne, pioruny z nieba nie biły. Szybko też dostaliśmy od Czechów drugą dawkę optymizmu. Żeby ją ładnie oprawić, przebrnijcie, proszę, przez dwa zdania, z których zbuduję tło. Krakonošova Stovka była w tym roku jubileuszowa - 50., miejsca na liście startowej rozchwytywane. Dla Radosława i Waldemara tych miejsc zabrakło, nawet wśród rezerwowych/oczekujących zajmowali odległe pozycje o numerach dwieście ileś tam. Obaj byli jednak zdesperowani i zawzięci, że wystartują, choćby na dziko. Wszakże na miejscu grzecznie zapytali, czy może jakimś cudem dałoby się... Czeszka o imieniu Jana, która trzęsie całą imprezą, uśmiechnęła się i odpowiedziała: - Wszystko się da.

Czy mnie się zdaje, czy np. na Rzeźniku to by jednak nie przeszło? Tak czy owak chłopaki pobiegli na legalu. Sprawili się chwacko.

DSC_00061 Radziu, którego nazywamy „brodłej”, trzasnął życiówkę, swój rekord sprzed roku poprawiając o grubo ponad godzinę. Waldkowi coś tam do życiówki zabrakło, lecz ja wiem i on wie, że przygotowania potoczyły się dalece inaczej niż potoczyć się miały.

Moja ulubiona scena z Krakonošovej Stovki: Trawnik pełen śpiących rycerzy. Bo kiedy wpadam na metę po swoim K55, większość spośród tych ścigających się stówkowiczów dawno ma wyścig za sobą. Z okienka bufetu pobierają zestaw regeneracyjny: piwko plus gulasz, wypijają, zjadają i odsypiają nockę spędzoną na szlaku. Dlaczego odsypiają na trawniku? Pewnie tak jak Radek, którego odnalazłem wśród śpiących rycerzy, po prostu są strasznie zmęczeni, a do tego np. czekają na swoich znajomych.

Dopełnieniem sceny jest występ młodzieżowej kapeli rockowej. Młodzież z gitarami i mikrofonami daje z siebie energię, wydziera się i gra, występuje specjalnie na cześć stówkowiczów, tymczasem odbiorcy śpią.

Polaków startujących we Vrchlabi chyba z roku na rok coraz więcej. A kiedy Polacy zobaczyli na moim numerze startowym napis: Zielona Góra, zagadali:

- To Andrzeja Dąbrowę pewnie znasz?

- Jasne! - odrzekłem, że to wszak zielonogórski guru dla tych, którzy próbują swoich sił na dystansach ultradługich.

Polacy też zrewanżowali się słowami uznania o Andrzeju Dąbrowie. I na tym dialog nam się urwał. Ponieważ jestem tak raczej towarzyski inaczej - na pytania grzecznie odpowiadam, sam nie zadaję (no, chyba że zawodowo), nie wiem skąd przyjechali ci Polacy. Jakbym miał strzelać, to powiedziałbym, że z Leszna. Zatem może np. przez Leszno sława Andrzeja Dąbrowy dociera także do Vrchlabi?

Nie wszystkim rodakom wyluzowana impreza we Vrchlabi się podoba. Coś mówi o tym liczebność naszej tegorocznej wyprawy: ze dwa lata temu zebraliśmy kilkunastu chętnych. W tym z Zielonej Góry roku było nas trzech...

Na mecie usłyszałem opinię polskich debiutantów, że na trasie za dużo było asfaltu, a oni nie po to przyjeżdżają w góry, żeby tuptać po asfalcie. Znam trasę K100 i kompletnie nie zgadzam się z taką opinią, ale rodacy odczucia mieli inne i powiedzieli, że więcej na Krakonošovą Stovkę nie przyjadą. O ile zdrowie pozwoli, ja przyjadę! Tyle że już w innych butach...

Adidasy schodzą z trasy DSC_0019

Opóźniałem, robiłem wszystko, żeby ten moment nie nadszedł, ale dłużej już się nie da. Adidasy adistar boost ostatni raz posłużyły mi właśnie na trasie tegorocznej imprezy ze startem i metą we Vrchlabi. Adidasy finiszowały na 14. miejscu. Plan był ambitny, żeby w czołowej dziesiątce. Może, gdybym im nie przeszkadzał i nie skręcił trzy raz w złą ścieżkę? W sumie ze 20 minut na tym błądzeniu straciłem. Ech...

Epitafium dla adidasów spisuję niemal ze łzami w oczach, bo nie miałem lepszych butów do biegania i boję się, że mieć nie będę. Pancerno-komfortowe - tak bym je określił. Pancernie wytrzymałe i chroniące stopy, a komfortowo wygodne. Tylko na początku odnosiłem dość dziwne wrażenie, że podeszwa oraz cholewka tych butów ciągną jakby każda w swoją stronę... Ale to tylko tak na początku. Po tym służyły mi długo i znakomicie. Nawet szefowie adidasa mogliby się zdziwić, jakiego przebiegu dotrwały.

No dobrze, miały jedną wadę. Maciej Zembaty śpiewał kiedyś: Nic tak nie śmierdzi jak moje onuce... Ja mogłem to przerobić na: Nic tak nie śmierdzi jak moje adasie...

Nie, nie myślcie, że nie wiem o tym, że buty się pierze. Ale nawet tuż po praniu adasie nie potrzebowały wiele, żeby odzyskać moc... Dlatego zwykle musiały mieszkać w podwójnej reklamówce i na balkonie, a raz kiedy pojechaliśmy z Marcinem na Letni Bieg Piastów, to mieszkały na dachu pensjonatu.

Teraz koniec. Wytrzymały naprawdę wiele, lecz podeszwa stała się już zbyt wytarta, żeby dalej w nich biegać. Nowych sobie nie kupię, bo jak na moje skromne zarobki są sakramencko drogie, nawet w ofercie wyprzedażowej jest za grubo.

Gdyby jakimś cudem te pochwały przeczytał boss z adidasa i chciał mi ufundować parę adistarów, to obiecuję, że nowym też wystawię laurkę, a numer buta mam...

PS

W tygodniu po K55 urządziłem sobie wakacje. Nie biegam i jem same takie niezdrowe rzeczy, że znana dietetyczka Smazia dałaby mi po dupie.

atom

13:52, rozbiegany.blo
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 maja 2016

I Zabór

Drogie biegaczki, drodzy biegacze! W sobotę 21 maja o godz. 12 zapraszam w imieniu Darii na przebieżkę z atrakcjami do Lubuskiego Centrum Winiarstwa w Zaborze.

Dystans do przebiegnięcia będzie raczej symboliczny, chodzi o imprezę w ramach akcji Polska Biega, czyli coś przystępnego dla początkujących biegaczy w każdym wieku.

Ale może dacie się skusić?

Argumenty za: miła atmosfera, każdy uczestnik przebieżki dostanie w prezencie sadzonkę winorośli, oprócz tego degustacja wina, ciepły posiłek, lody, dyplomy... A tym, którzy mają w planie dłuższe wybieganie, podpowiem, że do Zaboru da się oczywiście dobiec. 

II Drzonków

dzionkow

Smazia, Klaudia, Tomek, Anna, Kasia - oto uradowani i udekorowani uczestnicy I Memoriału Zbigniewa Majewskiego w biegach przełajowych.

Impreza odbyła się w niedzielę w Drzonkowie, zwabiła ponad 200 osób, a w tzw. kuluarach dało się usłyszeć, że WOSiR sposobi się do organizacji ulicznego maratonu. Póki co były rozgrywane na leśnych ścieżkach: prawie piątka oraz prawie dycha.

Dla naszych udekorowanych gratulacje!

III Chojnik

Na maraton Chojnik (sobota 28 maja, dystans 46 km) nie da się już zapisać, ale przypadkiem dwa pakiety startowe są do przejęcia. I gdyby ktoś miał ochotę skorzystać, to poproszę o e-mail na: biegamy@zielona.agora.pl

atom

16:33, rozbiegany.blo
Link Komentarze (2) »
środa, 04 maja 2016

Wczoraj minął równo miesiąc od tej magicznej chwili, w której przekroczyłam metę  40. Marathon de Paris! Jednego z największych maratonów świata, w najpiękniejszym mieście na ziemi, mojego pierwszego.

Pierwsze podejście w 2015 roku skończyło się, zanim na dobre się zaczęło. Nie tylko nie pojechałam do Paryża, ale też zaliczyłam 4-miesięczną przerwę w bieganiu. Wtedy postanowiłam, że na moje maratońskie urodziny przebiegnę maraton. 42 km 195 m na 42 lata i 195 dni. Przebiegłam! A potem okazało się, że mój syn wygrał na Twitterze pakiet na 40. edycję maratonu w Paryżu. „Mamo, taniej nie będzie” – najlepszy argument dla domowego ministra finansów.

Zaczęłam treningi, ale znowu tak niewiele brakowało, bym musiała zrezygnować. Na 7 tygodni przed startem, podczas długiego wybiegania, zaczęło mnie boleć kolano. I nie odpuściło w sumie do dziś. Byłam wściekła, że znowu będzie to samo, co rok wcześniej, ale na szczęście mąż mnie przekonał, żeby pojechać do Paryża mimo wszystko, nawet jeśli nie będę w stanie biec, żeby choć stanąć na starcie, poczuć te emocje. I wtedy zaczęłam na dobre planować wyjazd i start.

Nie mogłam biegać, ale za to ćwiczyłam co się dało: rower, cross fit, pływanie, joga, pilates, nordic walking. Do tego zajęcia z fizjoterapeutą, ćwiczenia w domu. No ale nadal mogłam przebiec maksymalnie 4 km… Trochę mało jak na maraton.

Do Paryża przyjechaliśmy w środę wieczorem. Padało. Rano okazało się, że strajkuje cały transport… Szybka modyfikacja planów i już wiem – idziemy zwiedzać La Vilette, miasteczko nauki i techniki. Po kilku godzinach wciąż mieliśmy masę rzeczy do obejrzenia, ale nasze umysły już nie reagowały na kolejne atrakcje.

Piątek. Wczesnym rankiem ostatnia przebieżka. 4 kilometry i koniec. Nie mogę dalej biec, bo kolano boli tak, że noga sama składa się w pół.

Idziemy odebrać pakiet startowy. 15 minut szybkim marszem do metra, jedna stacja i… przypomniało mi się, że zapomniałam dokumentów. Na szczęście, są w naszym podparyskim mieszkaniu, a nie w Polsce. Ale za to portfela nie mogę nigdzie znaleźć… W końcu docieram do biura zawodów, widzę ludzi wychodzących z zielonymi plecakami, w których jest pakiet startowy, wszędzie widzę logo maratonu i zwyczajnie chce mi się płakać ze szczęścia.

Znajduję moje nazwisko na liście 57 tysięcy uczestników, robimy sobie rodzinne zdjęcie, odbieram mój numer i boję się, że za chwilę z emocji będę mieć maksymalne tętno.

 Spotykam Pierre’a, którego poznałam w Polsce, byłam jego tłumaczem, a teraz będziemy razem biec. Nie możemy się nagadać. Przez resztę dnia spacerujemy ulicami Paryża, na których ani śladu maratonu, choć to już za 2 dni!

Sobota. Jedziemy odwiedzić moją przyjaciółkę, którą znam jakieś 25 lat. Aż się boję pytać, ile ma lat. W trakcie rozmowy przy obiedzie okazuje się, że ona i jej mąż są po ślubie prawie 55 lat, że gdy była dzieckiem, wakacje spędzała w Afryce, gdzie jej ojciec budował porty, a w ich afrykańskim domu była czarnoskóra służba... Zaś jej mąż zaczynał pracę w przemyśle samochodowym w czasach maszyn parowych. Moi synowie są zafascynowani opowieściami, mamy wrażenie, jakbyśmy przenieśli się o 100 lat wstecz.

Po obiedzie do wracamy do domu, szykuję moje własne pasta party. Po chwili puka sąsiad z naprzeciwka, ma gości, w tym jedną dziewczynę, która nazajutrz też startuje w maratonie! Rozmawiamy parę ładnych minut.

Zasypiam bez problemów, a ostatnią moją myślą jest to, że pada. A! znalazłam portfel (za łóżkiem) i  już wiem, że rano stanie się cud. Przychodzi mail z planem treningowym na następny dzień, a w nim:

  1. To jest Twój dzień!
    - Pamiętaj o porządnej rozgrzewce przed startem.
    - Zacznij w miarę spokojnie, później stopniowo przyspiesz.
    - Kontroluj swoje tempo i oddech.
    - Nie spinaj mięśni, biegnij luźno, ale energicznie.
    Baw się dobrze! Powodzenia!"
  2. Ogień! Bez kalkulacji wszystkie siły na bieg! :). Trzymam kciuki. Powodzenia!!!!!!

No tak, zawsze widzę mój plan i jeszcze kogoś. Taki sam maratoński start, tak różne plany. Wersja dla mnie jest pod numerem 2.

Niedziela. Budzę się ok. 7, wyspana. Za oknem szaro. Z trudem wciągam bagietki z dżemem i banany. Chyba jestem zdenerwowana, bo wszystko mi leci z rąk. Sprawdzam tylko, czy jestem kompletnie ubrana, mój mąż i synowie pakują całą resztę.

Jedziemy metrem, a tam masa ludzi z numerami na piersi, jeszcze więcej z transparentami w różnych językach. Trudno opisać, co czuję.

Wychodzimy z metra, widzę Łuk Triumfalny (co za adekwatna nazwa!) i ogromy kolorowy tłum. Na najpiękniejszej ulicy świata, Champs-Elysées, jest strefa startu ciągnąca się przez ok. 2 km.

Za moment rusza grupa, której celem jest pokonanie maratonu w 3h45 minut. W tej grupie startuje Pierre. Odliczanie, wystrzał i poszli! A ja płaczę, sama nie wiem, dlaczego. Biegną przez 8 minut! Ja mam jeszcze 45 minut do startu, ale powoli idę do mojej strefy. W końcu żegnam się z chłopakami i wchodzę w grupę ludzi, w której każdy pochodzi z innego kraju, ale wszyscy patrzymy w tym samym kierunku i mamy ten sam plan: za kilka godzin być po drugiej stronie Łuku, na linii mety.

Przypominam sobie, że ortopeda zalecił mi wziąć środek przeciwbólowy przed startem, czyli teraz. Ale to musująca tabletka! Gdzie ją rozpuścić?! Cóż, rozgryzam, popijam wodą, mieszam w ustach jak podczas płukania zębów i łyk! No i wtedy zachciało mi się do toalety… Gdy w końcu się dopchałam, usłyszałam 3, 2, 1 i… i moja grupa ruszyła! Po chwili dołączam do nich.

Cóż można powiedzieć. Paryż jest magiczny, a w coraz mocniejszym słońcu, wśród kibicujących tłumów, w wielotysięcznej rzeczy biegaczy z całego świata jest po prostu nie do opisania. Co 2-3 km są zagrzewające do walki zespoły, najczęściej bębniarze. Przeróżni. Sportowi, tradycyjni, z różnych kontynentów. Są strażacy, są panowie przebrani za panie, są zespoły rockowe. I pełno mieszkańców, usiłujących przeczytać imię biegacza albo jego kraj, by wykrzyczeć je wraz z głośnym „Allez Katarzyna! Allez la Pologne!!”

Na 5. Kilometrze spotykam moich chłopaków, przyjechali metrem. Machamy sobie, ja biegnę dalej, bo za zakrętem pierwszy punkt odżywczy.

Po chwili odzywa się kolano, ale proszę je, by dało mi jeszcze trochę czasu, by pozwoliło mi jeszcze trochę pobiec.

10 km przebiegam chyba trochę za szybko, chyba nawet mam za sobą pacemakerów biegnących na 4h30. Nie zwalniam, bo boję się, że tabletka zaraz przestanie działać, więc biegnąc szybciej, pokonam dłuższy dystans. Taka pokrętna logika.

Po 13 km zaczynam godzić się z myślą, że przebiegnę ten maraton.

Chłopaków mijam co ok. 5-7 km, pytają jak jest, podają żele, przekazują wiadomości rodzinie i przyjaciołom w Polsce. Ich widok dodaje skrzydeł. Tyle tysięcy kibiców, a oni dokładnie wiedzą, jak mnie znaleźć. Jeżdżą metrem, przeliczają moje tempo na odcinki metra, korygują o odległość stacji od ulicy i są.

A ja po prostu biegnę dalej.

Na 30 km mijam Wieżę Eiffel’a i moich chłopaków. Kolano trochę doskwiera, odzywa się biodro. Teraz lekko w dół, a tego moje kolano nie lubi. Trochę maszeruję, tempo zaczyna mi spadać, ale humor wciąż doskonały. Wiem, że nie dobiegnę w czasie 4:30, ale wiem, że na pewno ukończę maraton.

Mijam symboliczną ścianę, animator wymienia narodowości biegaczy. Podbiegam i krzyczę do mikrofonu, że przyjechałam tu z Polski i biegnę dalej. Nie mam żadnej podstępnej myśli, żeby już przestać, żeby przejść do marszu, nic. Staram się trochę przyspieszyć, ale już mi to nie wychodzi.

Ostatnie kilometry. Coraz więcej maszerujących osób, coraz więcej tych, którzy wystartowali dużo wcześniej ode mnie. Ciągle negocjuję z moim kolanem, obiecuję mu cudowne masaże i proszę, by dało mi jeszcze trochę spokoju, że jak ma boleć, to niech sobie boli, ale za jakieś 2 godziny.

Jest gorąco. Między punktami odżywczymi są dodatkowe punkty z wodą do picia lub polewania się. Strażacy robią kurtyny wodne, a reklamy wody przypominają, że trzeba pić. Bardzo podoba mi się hasło „Biegnę, piję, sortuję”. Tuż za punktami są zbiorniki, do których biegacze wrzucają puste butelki. Wolontariusze zaś dodatkowo odkręcają z nich nakrętki. Wszystko będzie posortowane i oddane do recyklingu.

Moja strefa starowała jako ostatnia, najwolniejsi na końcu. Ale to właśnie ci biegacze walczą najdłużej, w najgorętszym słońcu. Wśród nas jest wiele osób niepełnosprawnych. Opiekują się nimi całe ekipy – jedni ciągną wózek, inni go pchają, za chwilę ktoś ich zmienia. Nikt nie może zawieźć. Osoba na wózku podaje wodę, żele, ręcznik do wytarcia potu, kontroluje czas. Na jej twarzy widać wielkie szczęście – inaczej nie byłaby w stanie pokonać maratońskiego dystansu. Takich ekip jest wiele. Kilkanaście metrów przed metą wyprzedza mnie… pani o kulach! Sadzi w nich takie susy, że nie mam najmniejszych szans. Tylko, że to nie ma żadnego znaczenia.

Zostało mi dokładnie 195 metrów, widzę męża i synów, z emocji czuję ścisk w piersi i przez moment nie mogę złapać tchu. Nienienie, jeszcze nie teraz. Przybijam piątki kibicom, wołałam razem z nimi i tak dobiegam do mety, którą przeskakuję z nieopisanej radości. Wyłączam zegarek, czas lekko powyżej 5 godzin. Stoję i nie wiem, co dalej. Przebiegłam maraton! Wysyłam szybko parę sms-ów i przypominam sobie o medalu! Najpierw koszulka finishera. Jakaś pani pyta mnie, czy rozmiar S będzie ok, ale ja tylko kiwam głową, bo czuję, że za chwilę będę beczeć na całego. A gdy dostaję medal, potoku łez nic nie jest w stanie zatrzymać.

Szybko opuszczam strefę zawodnika, bo chłopaki czekają. Jeszcze tylko obowiązkowe zdjęcie na Alei (marszałka) Focha i wracamy.

Moja komórka wciąż brzęczy, przychodzą sms-y, a w domu nie mogę się nadziwić, ile osób mi kibicowało. Bardzo, bardzo gorąco dziękuję każdemu raz jeszcze. Moim chłopakom, moim siostrom, przyjaciółkom, kibicom z BFT i z Facebooka. Mojemu trenerowi Michałowi, którego nigdy nie spotkałam. Tym wszystkim, którzy ściskali kciuki, z nerwów nie mogli usiedzieć w miejscu, którzy z radości też poszli pobiegać.

Było warto!

IMG_0069a1

Kasia Fligier, 04.05.2016

Ps. Moja sąsiadka ukończyła maraton z czasem 4:48, a Pierre – 4:16. W sumie maraton ukończyło 41 801 osób, ja zajęłam miejsce 35341. Chłopaki spotkali mnie na trasie 7 razy, a licznik kroków pokazał, że zrobili ich ponad 20 tysięcy…

* „Nadszedł dzień chwały” – fragment hymnu francuskiego, komentarz Marty Potiuk pod jednym z moich zdjęć :)

23:48, lu.woznicki
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 65
↑ top | | design by kate_mac