Ten blog powstał, aby rozkręcić bieganie w Zielonej Górze i okolicach miasta. Jest też po to, aby pokazać biegaczy i udowodnić, że bieganie uszczęśliwia, wyszczupla, odmładza, wzmacnia ciało, rozjaśnia umysł, no i zwiększa ochotę na seks Chcesz pobiegać z nami? Napisz na: biegamy@zielona.agora.pl
niedziela, 19 lipca 2015

A – jak Anna O. – bo wypada zacząć od damy.

aa

Właściwie to O! Anna bo na taki pseudonim biegowy tym razem się zdecydowała. Od 6 rano do 17 po południu jak zwykle nienaganna fryzura, której nie ruszyło słońce, wiatr ani ferwor biegowej walki. Córka Klaudia, na dżentelmeńską propozycję Radka o użyczeniu czapki będącej na trasie Ani, odparła krótkie: „Mama nie nosi czapki”. Bo nie musi! Oprócz tego jak zwykle pozytywny nastrój i wybuch euforii po przebiegnięciu ostatniego swojego odcinka! Tego nie zapomnę.

B – jak Bus. bb4Druga po daktylach (o których niżej) najlepsza rzecz jaka nam służyła podczas biegu. Bus nie tylko wiózł, ale też integrował. Było w nim śmiesznie, leciał nieniecki rap, wszędzie walały się ręczniki, izotoniki, batony, żele i koszulki biegowe. Jak sztafeta to tylko busem!

C – jak Cottbus. Piękne miasto, pierwszy raz byłem. Nawet tramwaje tam jeżdżą! Trzeba tam wrócić.

D – daktyle. Zabrane przez Annę dostarczały nam energii (wolno uwalniającej się, jak objaśniała Klaudia) więc były cichym bohaterem naszego sukcesu.

E – euforia na mecie. Ale to dopiero po tym jak nasz mistrz Princu zniknął, a potem nam się ponownie objawił.

F – foto. Czyli niezastąpiona Klaudia.

fOprócz tego była również znakomitym serwis (wo)menem naszego zespołu. Jej aparat potrafił z odległości kilkuset metrów wypatrzyć nadbiegającego zawodnika co było sygnałem do dostarczenia mu napojów i wszelkiej innej pomocy. Super wsparcie, dzięki Kaludia!

G - gorąco! To słowo powtarzał każdy z nas będący akurat na trasie na pytanie z busa: „Jak jest?”. Trasę z Cottbus do Zielonej zapamiętam jako jedną wielką patelnię.

H jak harpagany czyli drużyny będące daleko przed nami, a zwłaszcza zaprzyjaźniona Mega Drużyna Gazety.

hZ największym podziwem o nich pomyśleliśmy gdy dotarła do nas wiadomość (jak się później okazało fałszywa) od Morcia, że biegną na drugim miejscu! Wtedy mówiliśmy: „Wiadomo, że to harpagany, ale że aż takie?”. Na szczęście okazało się, że nie aż takie bo oznaczałoby to, że trenujemy z jakimiś robotami ;)

I jak integracja. To jeden z głównych celów jakie towarzyszą biegowi sztafetowemu. iii12

Myślę, że w naszej drużynie integracja była doskonała!

J – Jarek! Od teraz znany wszystkim jako Princu (o czym niżej) lub Mistrz Zen. jj3

Od Jarka wszystko się zaczęło i na Jarku się skończyło. Zadbał przede wszystkim o doskonałą rozpiskę naszych zmian z uwzględnieniem tempa i godziny czasu wschodnioeuropejskiego, o której powinniśmy zacząć i skończyć swój odcinek żeby zmieścić się w 8 godzinach. Udało się niemal co do sekundy – 7 h 59 min 45 sek! Nigdy nie zapomnimy tego jak czekamy na Jarka w okolicach Filharmonii żeby wbiec razem na metę, a jego nie ma i nie ma i nie ma… okazało się, że był tylko czasoprzestrzeń się zakrzywiła i przebiegł obok nas niezauważony! Dlatego drugi pseudonim to Mistrz Zen :)

K – Kruku! Niezawodny, solidny, nie narzekający, cierpliwy czyli… wygląda na najlepszego ucznia Mistrza Zen :) kk3

To dzięki Marcinowi mogliśmy korzystać z busa co było PODSTAWĄ do sukcesu i świetnej atmosfery wśród naszej ekipy.

L jak leżing na kocingu – czyli ulubiona forma spędzania czasu przez naszą drużynę podczas oczekiwania na zawodnika na trasie. ll

W formie odpoczynku nie przebiliśmy tylko Niemców z kampera ale i tak byliśmy w awangardzie :)

Ł jak Łukasz czyli ja. llll

I tutaj przychodzi moment na podziękowania za zaproszenie mnie do sztafety, za zaufanie i za najlepszą zabawę z bieganiem jaką do tej pory przeżyłem. Dziękuję Drużyno!

M – muzyka w busie. Wspomniałem o tym, że zagrzewał nas do walki na trasie niemiecki rap. Choć nie rozumieliśmy ani słowa to był tak rytmiczny, że w biegu czuliśmy się jak małe lokomotywy. Muzyki słuchał też Radek o 6 rano „do snu”, kiedy trzeba było pogłośnić radio bo nawet przez słuchawki niosła się ona po całym aucie :)

N jak Niunia, a właściwie PaniNiunia czyli wspierająca nas najpierw duchem, a później także ciałem Wiesia! nn1

O! Anna czyli wyżej już wspomniany nowy pseudonim Anny O. wybrany specjalnie na ten bieg.

P – Princu! Nie mogło być inaczej, już na odprawie Jarek zdradził nam swoją ksywkę sprzed lat i musiał mieć to na koszulce. Nie wiadomo kto to wymyślił, ale pasuje do niego jak ulał, czyż nie?

R – Radosław B. zwany Brodłejem – najweselszy, najenergiczniejszy, najlepiej motywujący człowiek naszej drużyny!

rrOsoba będąca na trasie jeszcze go nie widziała, ale już słyszała jego doping i teksty motywujące typu: „No, ale chyba potrafisz szybciej co?”. Bez niego drużyna nie byłaby tak dobra nie tylko sportowo, ale też wizerunkowo ;) Radek próbował się zaprzyjaźnić z drużyną z Poczdamu, a zwłaszcza z jedną jej członkinią, która miała piękny „styl biegu” – jeśli wiesz o czym ja mówię ;)

S jak szarfa – najbardziej denerwujący i niepotrzebny element sztafety! Fuj!

T – trasa biegu. Jej nigdy nie zapomnę. Mknące obo biegacza tiry, brak oznaczeń w miejscowościach. Na rondzie w Zielonej Górze Radek musiał wspomagać policjanta w kierowaniu ruchem żeby przeprowadzić naszego Mistrza Zen bezpiecznie. Niezapomniane…

U – upał! Już o tym wspominałem, był nie do zniesienia na trasie…

W – wsparcie – najlepsze co można dostać od swojej drużyny podczas biegu. ww1

U nas tego nie zabrakło, dziękuję Wam ;)

Z – za rok chcę powtórki, równie niezapomnianej frajdy z biegu i całego dnia spędzonego w gronie świetnych ludzi! Do zobaczenia :) zz1

 

07:35, lu.woznicki
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 lipca 2015

Ostatnio na wszystkie biegowe propozycje Wiśni reaguję nerwową wysypką, gdyż są one typu „Ej, są jeszcze miejsca w maratonie na Mount Everest, tylko trzeba spełnić minimum w biegu przez Saharę. Zgrzejemy Tuaregów i Szerpów. Za dwa wpisowe jest zniżka. Co jedziemy?”.

Tym razem propozycja wydawała się realna, jednak, co gorsza, zwiastująca zmęczenie, nomen omen, graniczne. Graniczne, czyli takie na granicy tętna maksymalnego i chórów anielskich. Graniczne, czyli również takie, którego można doświadczyć w stukilometrowym biegu Cottbus - Zielona Góra, podczas przekraczania granic własnych słabości i granicy państwowej. Bąknąłem, zatem wymijające – no. I się zaczęło!

W ciągu godziny Wiśnia

Wisniastworzył drużynę marzeń i tabelkę w Excelu. Rozrysował, kto będzie biegł i w jakiej kolejności, następnie wykonał kilka telefonów i zoptymalizował rozkład przynależnych odcinków. Po czym z biegłością specjalisty IT wyestymował najbardziej prawdopodobny czas i miejsce na mecie, pokolorował wykresiki i wydrukował w pięciu egzemplarzach, ach!

Tak powstała Drużyna Gazety II, dalej nazywana Mega, w składzie:

Wiśnia – samozwańczy kierownik ekipy. Cudowne biegowe dziecko swojego uporu i diety Smazika.

Drops – dziad (młodszy) wymagany przez organizatora, zawodnik +50, czyli inaczej „mający z górki”.

Maras – cholerny talent, nie żeby biegający dużo i intensywnie, ale po prostu denerwująco szybko.

Mario – biegacz szybki z górki i pod górkę, po asfalcie i piachu, czujący się pewnie na długim, jak i krótkim dystansie.

I w końcu last but not least Smazik – spełniająca wysokie kryteria Wiśni, jeśli chodzi o umiejętności biegowe i kryterium płci narzucone przez organizatora – w drużynie musi być jedna kobieta. A Smazik jest kobietą, o czym świadczy chociażby jej technika biegowa i… sposób, w jaki dopingowała zawodników naszej drużyny.

Zaczął się niedługi okres przygotowań. Maras załatwił twarzowe koszulki,

koszulkiiiiw niezwykle modnych w tym sezonie seledynach, ktoś kupił picie, ktoś banana… mieliśmy jedno spotkanie w knajpce, ale później zrezygnowaliśmy w tego typu kontaktów ze względu na troskę o naszą kondycje.

Wybiła godzina „zero”, a właściwie 5.30, o której zajechałem pod dom Wiśni. Kierownika jednak nie było na omówionym miejscu. Po telefonie okazało się, że „pan zamawiał budzenie”, ale adrenalina przedstartowa poczyniła pewne zmiany w mózgu i nastawił budzik na godzinę później. Cały misterny plan zbierania Drużyny Gazety Mega po mieście legł w gruzach. Kierownik wyszedł z pieleszy po dwudziestominutowej obsuwie. Kiedy już w komplecie wyjeżdżaliśmy pośpiesznie z Zielonej Góry, zadzwoniła małżonka naszego bohatera z informacją, że zostawił w domu swojego ulubionego Garmina. Ja, jako dziad mógłbym się obyć bez tych kabli, giepeesów, ale młody IT- perfekcjonista nie. Pojechaliśmy już w wesołych nastrojach po zegarek kierownika. A czas sobie płynął banalnym tik tak.

Dalej Smazikowi chciało się wymiotować, bo ma chorobę lokomocyjną, wszystkim chciało się siku, w dodatku nie mogliśmy nastawić radia Zachód. Szczęśliwie dojechaliśmy do Cottbus i tu nasz kierownik zmienił się nie do poznania. Z zaspanej kulki, stał się z powrotem drapieżną Wiśnią sukcesu. Załatwił numery startowe, wziął udział w odprawie, przywdział jak inni naszą bojową koszulkę (nieznacznie zakrywając ją gustownym dresikiem)  i nastawił radio Zachód.

Na starcie spotkaliśmy wiele bratnich, ale przeciwnych drużyn. Zaczęło się lustrowanie, podpatrywanie i sondujące pytania „jak forma”. Nasze niepokoje wzbudzały ekipy z Gazety oraz Znajomi  Maćka J. Naszą panikę wzbudzili gadżeciarze – Evereściarze (jak się później okazało, słusznie). Zerkaliśmy również zawistnie na drużyny niemieckie.

Po serii zdjęć nastąpił oczekiwany moment startu. Wystawiliśmy najszybszego z nas Mariusza do tego długiego 14 km etapu. Inni, sądząc po pierwszych kilometrach, postawili na cyborgi i gości z kosmosu. Powoli marzenia naszego kierownika o pudle topniały w porannym słonku. Na drugiej, mojej zmianie okazało się, że wraże ekipy w swoim składzie miały też ludzi. Powoli, mozolnie odzyskiwałem stracony dystans do niektórych drużyn.

Trzymaliśmy kciuki, za naszych zawodników, dopajaliśmy ich w środku etapów, dbaliśmy wzajemnie o siebie, jednym słowem byliśmy Mega Drużyną. Smazia, podpora Mega, doszła do wniosku, że zwykłe „dwaj, dawaj” nie jest zbytnio motywujące i nauczyła nas pozytywnego dopingu, który brzmi mniej więcej tak – Wiśnia słoneczko! Kochamy Cię! Maras perełko, wiemy, że jest Ci ciężko! Jesteśmy przy Tobie!

Tylko dzięki temu dopingowi udało się Marasowi w dobrym stylu pokonać górę za Gubinem.

Po kilku zmianach okazało się, że Everesty są poza naszym zasięgiem. Ekipa niemiecka z biegającą jak łania dziewczyną, odchodziła od nas z etapu na etap. Gorzej, dramatycznie blisko, na dwie zmiany przed Zieloną Górą, zbliżyła się do nas sztafeta Znajomych Maćka J.

Tętent zbliżającego się Macieja za moimi plecami budzi mnie w nocy. Jednak Mario z Wiśnią wypracowywali na ostatnich kilometrach ten sukces, który kierownik dowiózł do Ratusza w Zielonej Górze. Tak sukces - dwunaste miejsce w 7 godzin i 8 minut!  Piękna przygoda, wspólny finisz zahartowały nas w boju.

megaaaPrzez ten czas byliśmy prawdziwą drużyną, a jednocześnie docenialiśmy inne teamy. Biliśmy brawa ekipom polskim i niemieckim, oni też nas wspierali. Wszystkim, którzy startowali w tej trudnej rywalizacji gratuluję.

Potem, już po prysznicu i przebraniu była dekoracja zwycięzców i rozdanie nagród na stadionie na Sulechowskiej. Zwycięzcy się nie pojawili…(no comments).

O zakończeniu trudno powiedzieć coś ciepłego. Zawodnicy zajęli dwa sektory na dużym stadionie, z lewej Polacy, z prawej Niemcy. Ci, którzy jeszcze niedawno odnosili się do siebie z sympatią teraz jakoś się podzielili. Nie było integracji. Myślę, że może Palmiarnia byłaby lepszym miejscem na zakończenie zmagań. Mniejsza przestrzeń zachęcałaby do rozmów, kontaktów. Można by na przyszłość zachęcić ekipę z Niemiec do pozostania w Zielonej Górze na noc, wspólny izotonik w ogródku Czterech Róż jakże pomógłby współpracy transgranicznej i integracji europejskiej. A rano zwlókłbym się nawet na wspólną przebieżkę na Wzgórzach z tą zawodniczką, co biegła jak sarenka (w celu podpatrzenia techniki!).

Drops

01:06, lu.woznicki
Link Komentarze (7) »
niedziela, 28 czerwca 2015

DSC_5052

Ależ wam zazdroszczę i gratuluję! Na parszywej znakomite czasy! Dla wszystkich brawa i ukłony. Niemniej jeden gość nie przestaje zadziwiać. Ponoć sam Marysiak na mecie z niedowierzaniem kręcił głową i mówił pod nosem: - Jak ten "Wiśnia" nadal będzie robił takie postępy, to już niebawem mnie zdetronizuje...

Zanim jednak to się stanie, polecam galerię zdjęć Agaty Michalak, może znajdziecie na nich siebie.

atom

22:42, lu.woznicki
Link Komentarze (5) »
czwartek, 25 czerwca 2015

Start w triatlonie nie był moim pomysłem. Tak jak za pierwszym razem, dwa lata temu - dałam się namówić. Zawodów triathlonowych przybywa ostatnio niemal tak dużo jak biegowych, choć wiadomo, że czasowo ogranicza się to do miesięcy od czerwca do września. Wypatrzyliśmy z mężem Volvo Series Traithlon – cykl 4 imprez: Brodnica (20.06), Nieporęt (12.06), Chodzież (16.08), Mrągowo (30.08) i zapisaliśmy się na wszystkie na dystans 1/4 Iromnana. Cztery raz 950m pływania, 45 km roweru i 10,55km biegu da nam dystans całego Ironmana, ale raczej „ludźmi z żelaza” siebie nazywać nie będziemy :) To tak jak z maratonem na raty… to jednak nie to samo co maraton. Niewątpliwie jednak kawał Polski zwiedzimy.

BRODNICA

Pojezierze Brodnickie przywitało nas kiepską pogodą, a pogoda to była jedna z wielu rzeczy, których się obawiałam. Za zimno - ciężko się płynie, deszcz - niebezpiecznie w czasie jazdy, burza - nic tylko uciekać :) Odbiór pakietów zaplanowany na piątek, pasta party, małe Expo i wstawianie rowerów do strefy zmian. Tam atmosfera gęstniała. Co fajniejszy rower wzbudzał zainteresowanie, zaraz grupka się wokół zbierała i rozmowom nie było końca. Swoje stanowisko miałam na początku strefy od strony dobiegu, czyli po wodzie szybko jestem przy rowerze, a po jeździe szybko mogę rower odwiesić. Niby ok., ale potem trzeba całą strefę pokonać, by się z niej wydostać. Jak jest najlepiej – tego jeszcze nie wiem, może później będę mądrzejsza w tej kwestii. Zakupiłam pokrowiec na rower, w końcu całą noc miał spędzić samotnie w tej nienajlepszej pogodzie. Dobrze zrobiłam, bo niemal wszystkie były schowane.

Udaliśmy się na odprawę, kilka cennych informacji uzyskaliśmy, potem kolacyjka, ostatnie pakowanie plecaków startowych i grzecznie do łóżeczka.

W dniu startu w sobotę na szczęście nie padało. Na 1,5h przed startem otworzyli strefy zmian i znów układanie, rozkładanie, przekładanie…czyli jak rozłożyć 2 pary butów (kolarskie i biegowe), ręcznik, skarpetki, kask, żele, bidony, pas z numerem, by się z tym wszystkim nie zaplątać. Logistyka na najwyższym poziomie. Jak czegoś zapomnisz – duży problem. Godzinę przed startem zamykają strefę i już nic nie zrobisz. Wzięłam piankę, okulary i na plażę. Tu kolejny problem się pojawił. Trzeba było płynąć w piance, gdyż woda w jeziorze była zdecydowanie za zimna, a to dla mnie było nie lada wyzwaniem. Pianka dotychczas raczej mi przeszkadzała, niż pomagała, ale trudno – musiałam się zacząć w nią wbijać :)

O 9.30 zeszliśmy do wody na zanurzanie pianek, czyli przelanie od środka wody przez całą piankę. Nic przyjemnego przy tej temperaturze… Krótka rozgrzewka, a ja już ledwo stopy i ręce czułam. Wyjście z wody, przejście z chipami przez matę na plaży i z powrotem do wody. Start nie był z plaży, trzeba było wypłynąć na „głęboką wodę”. Zawody się jeszcze nie rozpoczęły, a człowiek już zmęczony…

O godz.10 ruszyliśmy.

1IMG_2322

Na zdjęciu widać co się działo – tradycyjnie pralka. Do tego chyba przyzwyczaić się nie można. Plan miałam, by płynąć spokojnie swoim tempem i się udało. Nawet mi już z emocji zimno nie było. Moment wyjścia na plażę był najszczęśliwszym na całych zawodach, bo wiadomo pływakiem jakimś nadzwyczajnym nie jestem. Sporo osób jednak było za mną, więc wiedziałam, że nie jest źle.

 2MG_2324

Grzebałam się za to w strefie zmian. Zdecydowanie za długo i ten element jest do poprawy, bo okazuje się, że szybkimi zmianami dużo można czasowo zyskać.

 318K7955

Roweru się nie bałam, tzn. wiedziałam, że dojadę. Pytanie – w jakim czasie. Chyba byłam najbardziej uśmiechniętym zawodnikiem na rowerze, jechało się kapitalnie, mimo iż trasa była bardzo trudna. Mieliśmy 2 pętle po 22,5km, sporo podjazdów i 400 m przewyższenia. Było co robić, ale na podjazdach nie miałam sobie równych :) Zjazdy zdecydowanie do poprawy – kolejny element! Na trasie sporo kibiców nas dopingowało, fajne było punkty odżywcze – dużo wody, izotoników, pomarańcze, banany, żele. Zejście z roweru po 45 km wygląda śmiesznie, wszyscy jakoś koślawo przez moment chodzą/biegną. Wieszam rower, zmiana butów i lecimy na dyszkę. Zbyt łatwo nie mogło jednak być. Od razu podbieg... i tak ciągnął się przez ponad 4 km non stop (tu 200 m przewyższenia).

 4DSC_2519

 Było ciężko, ale dla mnie spoko, bo bieganie po Wzgórzach Piastowskich robi swoje. Mój mały sukces – na biegu nikt mnie nie wyprzedził, za to ja wielu. Po 10,55 km szczęśliwie dotarłam do mety, do końca próbując urwać cenne sekundy.

Plan zrealizowany – 3 h złamane.

5EZ3A2571

Może czas nie powala na łopatki, ale zawsze to jakaś życiówka jest. Za niecałe 3 tygodnie w Nieporęcie będzie okazja ją poprawić… choć tak naprawdę dla mnie w tym triatlonie chodzi o dobrą zabawę. A ta była przednia!!!

C.D.N …

Kasia

19:34, lu.woznicki
Link Komentarze (6) »

Impreza we Vrchlabi promowana jest w taki sposób, jakby organizatorom o wiele bardziej zależało na jej kameralnym charakterze niż rzeszy startujących. A tzw. sprawy organizacyjne... Nie chciałbym powiedzieć, że leżą, ale na pewno traktowane są swobodnie, bez zacięcia na dopięcie wszystkich szczegółów tak, by wyszła z tego najlepsza i najstaranniej ułożona biegowa zabawa na świecie.

A jednak zakochałem się w Karkonoskiej Stówce od pierwszego wejrzenia. Rok po roku zaliczyłem starty na trzech głównych dystansach: 25 km, 100 km, 55 km. I chociaż na ten ostatni wyruszyłem bez przygotowania i z niewyleczoną kontuzją, to już dziś nie mogę się doczekać kolejnej szansy, zwłaszcza że marne są szanse, by znów trafiła się równie podła pogoda i równie kiepskie warunki na trasie ;)

Stówka z całą nocą na górskich szlakach to była przygoda! Przynajmniej raz naprawdę warto przeżyć i poczuć. Ale to jednak się ciągnie. Z kolei 25 km trwa za krótko. W sumie żaden wyczyn, żeby ukończyć, ale po dobrą lokatę trzeba gnać i na góry się nie oglądać. Za to 55 km ma w moim rankingu pierwsze miejsce. Postaram się wytłumaczyć, dlaczego. Zapraszam też do relacji filmowej Piotra P., z którym przemierzyliśmy wspólnie pierwszy etap.

Otóż 55 km po górach to już jakieś wyzwanie, lecz jeszcze nie wyprawa na cały dzień. Daje w kość, lecz także satysfakcję, a nazajutrz da się chodzić po schodach.

Był taki fragment na zielonym szlaku, jak mówił Piotr w swoim komentarzu: kamienie, korzenie, kamienie, korzenie, a wszystko mocno skąpane w błocie. Jeżeli ktoś starał się tam biec, to ryzykował. Ja leżałem trzy razy, a raz musiałem cofać się po but, który utknął w błocie. Jednak oprócz tego odcinka dało się żyć. Czasami ostro w górę, czasami ostro w dół, lecz w większości nie trafialiśmy na karkołomne ścieżki, przeciwnie - sporo równych szlaków rowerowych, czyli miejsc do biegania dogodnych.

Gradobicie, że aż bolało oraz opad śniegu to oczywiście nie było coś, o czym marzy się, wyruszając na trasę w drugiej połowie czerwca, a i deszcze nie dodawały temu uroku. Kiedy jednak wychodziło słońce, chciało się żyć, biec i podziwiać widoki.

Przy gradobiciu, śniegu i deszczu na chwilę się zatrzymam. Mawia się, że w biegowym ekwipunku najważniejsze są buty. Pewnie prawda. Jednak w skrajnościach czerwcowej aury chciałbym wręczyć medal swojej kurtce i czapce, dawały radę! Co w sumie prowadzi do wniosku, że Karkonoszy nie wolno lekceważyć, a na ciuchach do biegania nie wolno oszczędzać. Byłem z siebie dumny, że pomimo poznańskiego rodowodu, wysupłałem kiedyś kasę na porządną kurtkę i czapkę.

A teraz ciekawostka, na której obaj z Piotrem nieomal się potknęliśmy. W drodze ze startu do mety na K 55 trzeba się zameldować w bodaj pięciu punktach kontrolnych, rozlokowanych tak, by nikomu nie opłacało się szukać skrótów. Cztery z tych punktów dało się łatwo odnaleźć, a w nich obsługa ręcznie lub elektronicznie na bazie numerów startowych sczytywała czasy. I można było ruszać dalej. Aż w punkcie kontrolnym na Polanie... niespodzianka! Żadnej obsługi, żadnej aparatury. Zgadaliśmy się z Piotrem już na mecie, że obaj nerwowo się tam miotaliśmy, nie wiedząc, co począć. Bo spryciarze z Czech załatwili sprawę tak, że na Polanie poznawało się hasło: „Bazyliszek”, co należało zapamiętać i wypowiedzieć na mecie.

Żeby już dłużej nie zanudzać, spuentuję w ten sposób: W czasach, w których trzeba mieć furę szczęścia, by dostać się na listę startową np. Rzeźnika oraz innych legendarnych biegów, Karkonoska Stówka wciąż pozostaje bliska i dostępna. Nie ma legendarnej otoczki, ani pakietów startowych, ale będę się upierał, że coś w sobie ma.

atom 

mettttaaaW bieganiu niby chodzi o to, żeby biec, ale na mecie też jest radocha. Na zdjęciu u góry jestem chwilę po finiszu, a na zdjęciu u dołu finiszuje Piotr

mmmeeeta

 

01:13, lu.woznicki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 czerwca 2015

1. Radosław i Waldemar znów pokonali trasę Karkonoskiej Stówki! Trasę zmienioną w porównaniu do tej sprzed roku czy dwóch. Zmienioną na rzecz jasna jeszcze trudniejszą niż była wcześniej. A dodatkowych trudności dostarczały im w tym roku padające deszcze i śniegi. Brrr!

Radosław był twardy i znakomicie przygotowany. Godziny spędzone na zajęciach Tabaty zrobiły z niego twardziela. Ze stówką uporał się w dobrym czasie, finiszował na zacnej pozycji. Waldemarowi w okresie przygotowawczym nie sprzyjało zdrowie. Na dodatek przed finiszem pobłądził. Nadciągnął do miasteczka z zupełniej innej strony, niż go wypatrywaliśmy. Ale przecież obaj zasłużyli na ukłony i oklaski. Obaj byli też na mecie okrutnie zmęczeni oraz niewyspani. Mimo to bardzo chcieli uczcić z nami swój sukces. Na okoliczność świętowania kupili sobie nawet czeskie piwko. Tyle że na pewnym etapie świętowania zmęczenie okazało się silniejsze. Nasi dzielni bohaterowie dystansu 100 km usnęli.

I kiedy tak Radziu z Waldziem sobie smacznie spali, to ktoś im to piwo ukradł i wypił...

2. Ania i Ada pierwszy raz zebrały się z nami na wyprawę. Obie z dużą ostrożnością czy nawet strachem podchodziły do debiutu w trudnym, górskim biegu na 25 km. Nie wiedziały, czy dadzą radę na stromiznach i czy nie pobłądzą. Jeden „kolega” obiecał, że będzie ich przewodnikiem, nie opuści na krok, cokolwiek by się działo, doholuje do mety! Jednak w połowie dystansu ów „kolega” pod zmyślonym naprędce pozorem oddalił się niby to na chwilę, lecz w rzeczywistości sam pognał do mety, a dziewczyny zostawił na pastwę wilków. I dziewczyny pobłądziły. Do mety dotarły nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, nie wiadomo kiedy. „Kolega” tłumaczył się, że zostawiał im na drodze znaki w postaci strzałek układanych z kijków i szyszek, a dla uwiarygodnienia znaków dopisywał, również za pomocą szyszek i kijków, swoje imię. No, ale proszę was...

3. W noc po swoim debiucie na dystansie 55 km niestety tańczyłem. Nazajutrz zyskałem przydomek Maserak Jańskich Łaźni...

Opisane historie wydarzyły się naprawdę. Ale w naszej biegowej drużynie wszystko zostało szybko wybaczone oraz obśmiane.

Za rok najpewniej wyruszymy na jubileuszową edycję Karkonoskiej Stówki. Mnie spodobał się pośredni dystans - 55 km, mimo że na trasie cierpiałem. Wszystko dlatego, że wróciła okrutnie bolesna kontuzja. Przez dwa tygodnie poprzedzające start nie przebiegłem nawet metra. W górach walczyłem bardziej o to, żeby w ogóle dotrzeć do mety, aniżeli o to, by trzymać tempo. Grad, śnieg, deszcze, trzy gleby, jazda figurowa na błocie, tysiąc razy skurcze. Oj, działo się!

Cztery początkowe kilometry pokonałem w towarzystwie zielonogórzanina Piotra P.

Piotr uraczył mnie pasjonującą historią o swojej pracy. Szczegółów nie mogę zdradzać, ale opowiem wam tylko tyle, że Piotr wykonuje tzw. długie wybiegania wokół lądowiska dla helikoptera. Obwód lądowiska - o ile nie zmyślam - 73 m. Prawda, że ciekawe?!

Materiał foto i video nie powstał w tym roku zbyt bogaty, gdyż pogoda była wredna i nikomu nie chciało się wyciągać na darmo rąk z kieszeni.

Wyniki z Karkonoskiej Stówki.

atom

20:13, lu.woznicki
Link Komentarze (5) »
środa, 10 czerwca 2015

W sobotę 13 czerwca na stadionie Uniwersytetu Zielonogórskiego (przy ul. Wyspiańskiego) rusza kolejna edycja Testu Coopera dla wszystkich. Przyjdź i sprawdź swoją aktualną kondycję fizyczną. Dla pierwszych 130 osób, które wystartują w teście przewidziana jest pamiątkowa koszulka, a dla każdego startującego woda po biegu oraz pamiątkowy numer startowy wraz z certyfikat z wynikiem testu. Pierwszy test rozpoczyna się o godzinie 11:00, każdy następny co 20 minut (11:20, 11:40, 12:00,.. itd) ostatni start planowany jest na godzinę 14:40.

Test Coopera to próba wytrzymałościowa opracowana przez amerykańskiego lekarza Kennetha H. Coopera na potrzeby armii USA w 1968 roku, polegająca na 12-minutowym nieprzerwanym biegu. Obecnie jest szeroko stosowany do badania sprawności fizycznej przede wszystkim sportowców. Celem Testu jest określenie maksymalnej wydolności tlenowej (tzw. pułap tlenowy V02max), która jest wyznacznikiem kondycji fizycznej. Kondycję fizyczną, w zależności od wieku i płci określa się na podstawie pokonanego dystansu.

Co zrobić by dobrze przygotować się do Testu? Po pierwsze należy dobrze się rozgrzać, przygotowując organizm do wzmożonego wysiłku. Do testu powinno się przystępować maksymalnie skoncentrowanym i zmotywowanym. Na wyznaczony sygnał zacznij bieg. Pamiętaj, by na początku nie narzucić zbyt dużego tempa, ponieważ 12 minut szybkiego biegu to naprawdę duży wysiłek. Warto utrzymywać cały czas takie samo tempo, a dopiero w końcówce przyspieszyć.
Jeśli podczas testu nagle opadniesz z sił – możesz chwilę odpocząć, jednak zrób to maszerując. Staraj się dać z siebie jak najwięcej, tak żeby po teście czuć duże zmęczenie – wówczas wynik testu będzie maksymalnie zbliżony do Twojej rzeczywistej wydolności. Po upływie 12 minut od rozpoczęcia biegu możesz się zatrzymać i zmierzyć przebytą odległość.

Maciej Górecki, KU AZS Uniwersytetu Zielonogórskiego

12:42, lu.woznicki
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 08 czerwca 2015

debyy4

Nasz kaowiec pan Radosław (nr 546) zorganizował nam dziś wycieczkę nad jezioro. Niemal wszyscy sztampowo myślący ludzie urządzili sobie podobne wycieczki dzień wcześniej, gdy pogoda zachęcała do plażingu i łomżingu.

My wyczekaliśmy. I kiedy z nieba lał deszcz i waliły pioruny, szykowaliśmy się na urocze popołudnie w Łagowie...

Los jednak kocha tych, którzy są wolni od sztampy. Na miejscu wynagrodził naszą odwagę znaczną poprawą pogody oraz spotkaniem z dawno niewidzianym trenerem Remkiem (niebieska bluza).

Przy czym nie wszędzie i nie wszyscy się nam kłaniali. Za pierwszym podejściem do kultowej Defki pani za barem potraktowała nas tak, jakby szczyt Mount Everst potraktował ziutków, którzy wybrali się na wspinaczkę w trampkach. Zdobycie herbaty po 40 minutach oczekiwania warto wyryć na murach łagowskiego zamku, albo chociaż w kronice łagowskiego lata.

Tak, że dreszcz emocji w oczekiwaniu na jadło i napoje się pojawił, ale na bieg zdążyliśmy!

Może się mylę, ale zaryzykuję, że chyba niewiele odbywa się już dziś podobnych imprez. Setka ludzi na starcie, wpisowe za 20 zł, skromnie, kameralnie, sympatycznie. A do tego walor nie do kupienia - fajna trasa wokół Jeziora Łagowskiego. Z naszej grupki najszybciej z trasą uporał się „Oczko” (nr 548). Wyników nie widziałem, ale zdaje się, że 40. złamał.

Wiem jednak, że o wiele bardziej interesuje was to, kto po biegu jako jedyny odważył się na kąpieling w jeziorze? Oczywiście tutaj bezkonkurencyjny okazał się człowiek w czarnej bluzie i czarnych kąpielówkach...

Z dobrych wieści przed K-100: Waldka (jasnoszara bluza) przestaje boleć stopa, a Marcin (ciemnoszara bluza) myśli na serio o tym, żeby porzucić harcerskie założenie o starcie w K-25 i też przerzucić się na męskie K-100.

Z dobrych wieści przed nocnym półmaratonem we Wrocławiu: Zbigniew (śpiący rycerz) odzyskuje formę. Gdzieś na 5.-6. kilometrze wyprzedził mnie jak dzieciaka.

I to tyle na dziś. Wiedzcie jednak, że w bajecznej wyprawie do Łogowa uczestniczyli także: słynny „Kostek”, słynna kobieta z ciemni Daria oraz słynna żona Waldka.

Dobranoc!

atom

PS

Drugie podejście do kultowej Defki wyszło nam triumfalnie. Ale kultowa szczawiowa chyba kiedyś była bardziej kultowa...    

00:09, lu.woznicki
Link Komentarze (3) »
piątek, 29 maja 2015

W sobotę 20 czerwca o godz. 13.30, podczas Święta Czekolady w Kargowej, odbędzie się TRZECI BIEG PRINCESSY.

Serdecznie zapraszamy wszystkich zainteresowanych uczestnictwem w Biegu.

Wypełnij elektroniczny formularz na: www.bieg-princessy.5v.pl

Formularze zgłoszeniowe (do druku), Regulamin Biegu oraz mapa, z trasą Biegu, są dostępne na stronie internetowej www.kargowa.pl oraz www.gok.kargowa.pl

kontury

Zgłoszenia przyjmowane są do 15.06.2015r.

ZAPRASZAMY!!!

11:52, lu.woznicki
Link Komentarze (1) »
wtorek, 19 maja 2015

Drogie biegaczki, drodzy biegacze z umownej Drużyny Gazety oraz wszyscy inni!

W imieniu Darii Landzwojczak-Sobiech...

IMG_87211

...z wrodzą u niej serdecznością zapraszam was w sobotę 23 maja na godz. 10 do Zaboru. Daria podejmuje wezwanie akcji Polska Biega i organizuje krótką rodzinną przebieżkę z centrum Zaboru na pobliskie kąpielisko. Wszystkim, którzy się zdecydują, zapewni rozgrzewkę, błogosławieństwo. Po przebieżce rozda dyplomy, paczuszki z miłą zawartością, a szczęściarzom trafią się jeszcze niespodzianki!

 plakatoss

Dalej w programie, już dla troszkę bardziej zawziętych biegaczy, jest przebieżka do Winnicy na Leśnej Polanie.  A tam: zwiedzanie, degustacje, ciekawostki o produkcji wina. A powrót wężykiem, wężykiem...

 szklaaa2

winko

Darii będzie bardzo miło i raźnie, jeśli się stawicie!

PS

Przed rokiem trójka wybitnych śmiałków: Waldemar, Radosław i Lis dotarli do Zaboru biegiem,

 trojka

a pan Józef na rowerze (choć czasami przy rowerze)!

rowero

atom

10:36, lu.woznicki
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 60
↑ top | | design by kate_mac