Ten blog powstał, aby rozkręcić bieganie w Zielonej Górze i okolicach miasta. Jest też po to, aby pokazać biegaczy i udowodnić, że bieganie uszczęśliwia, wyszczupla, odmładza, wzmacnia ciało, rozjaśnia umysł, no i zwiększa ochotę na seks Chcesz pobiegać z nami? Napisz na: biegamy@zielona.agora.pl
piątek, 15 lipca 2016

13695144_10208472718353697_521684832_n

Kochani, dwójka biegaczy, których wszyscy znamy i kochamy, pokochała się nawzajem i w sobotę 23 lipca biorą ślub.

Anna Maria Włodarczyk i Radomir Pikula powiedzą sobie „TAK” w Urzędzie Stanu Cywilnego w Zielonej Górze o godz. 14:30. I będzie im niezmiernie miło, jeśli będziecie tam razem z nimi, by dobrze im życzyć i krzyczeć: gorzko, gorzko ;)

17:23, rozbiegany.blo
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 lipca 2016

Jeśli ktoś jeszcze nie zna smaku maratonu, a chciałby poznać, oto dziś (we wtorek 5 lica) z realizacją programu przygotowawczego wyrusza w 14-tygodniowy rejs załoga kapitana Piotra.

Będą się spotykać cztery razy w tygodniu: we wtorki i czwartki o godz. 18.30 oraz w soboty i niedziele o godz. 9 na parkingu przy amfiteatrze, by po ścieżkach Wzgórz Piastowskich kuć zahartowanie na maraton w Poznaniu (w tym roku 9 października, zapisy już ruszyły). Grupa jest otwarta na nowych chętnych, a tempo treningów narzuca takie, że raczej każdy biegający nadąży.

atom

12:28, rozbiegany.blo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 czerwca 2016

imggcsi49017EA4F24ED627205CAF635583814090B9FD2Empid7maxwidth1280maxheight923Najszybszy z naszych był Łukasz Wiśniewski (na zdjęciu), najbardziej udekorowaną parą miesiąca czerwca zostali Joanna i Krzysztof Drop, na brawa zasłużyli wszyscy, a zdjęcia robił Jarek Hyła. Chcecie, to oglądajcie:

LINK DO GALERII

16:21, rozbiegany.blo
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 czerwca 2016

Wierzyć się nie chce, ale odkąd pierwszy raz - w sumie dość przypadkowo - trafiliśmy do Vrchlabi na imprezę pt. Krakonošova Stovka, minęły już cztery lata. I zrobił się z tego rytuał, najciekawszy punkt każdego kolejnego sezonu.

DSC_00101Waldemar i Radosław, z błogosławieństwem karkonoskiego dziadka, pokonali najpierw jedną setkę, za rok drugą, po tym trzecią, teraz czwartą. Zdaje się, że ciągle nie mają dosyć. Cztery stówki, a im mało! Mnie jeden raz wystarczył. Przeżycie należy do kolekcji tych niezapomnianych, tyle że jednak ciut za długo. Dlatego po tym pokochałem dystans K55, który w tym roku oficjalnie wydłużył się do K58, a przez moje trzy indywidualne gafy gdzieś do ok. K61.

Tej wersji i tego dystansu zamierzam się trzymać. Ale na starcie dystansu głównego, kiedy o godz. 21 z rynku we Vrchlabi wybiega grupa dzielnych stówkowiczów, zwykle żałuję. I w tym roku też żałowałem, że razem z nimi nie wyruszam na nocną przygodę.

Zanim jednak w piątkowy wieczór znów poczułem ten rodzaj żalu...

Jechaliśmy. Już za Lwówkiem, ale jeszcze przed Jelenią Górą z niepokojem patrzyliśmy na ciężkie, ołowiane chmury. Wyglądało tak jakby wszystko, co w naturze mroczne i złe, skumulowało się w jednym miejscu, zawisło wprost nad Karkonoszami. A przecież zbliżaliśmy się właśnie tam, by przekroczyć bramy świata gór. Z odległości kilkunastu kilometrów odnosiliśmy dość ponure wrażenie, że w owym świecie rządy przejęły żywioły ulewnego deszczu oraz burzy i że czeka nas niechybne z nimi spotkanie.

Na szczęście, nie taki diabeł straszny... Od wewnątrz sprawy miały się znacznie lepiej. Co zaś najbardziej istotne, pioruny z nieba nie biły. Szybko też dostaliśmy od Czechów drugą dawkę optymizmu. Żeby ją ładnie oprawić, przebrnijcie, proszę, przez dwa zdania, z których zbuduję tło. Krakonošova Stovka była w tym roku jubileuszowa - 50., miejsca na liście startowej rozchwytywane. Dla Radosława i Waldemara tych miejsc zabrakło, nawet wśród rezerwowych/oczekujących zajmowali odległe pozycje o numerach dwieście ileś tam. Obaj byli jednak zdesperowani i zawzięci, że wystartują, choćby na dziko. Wszakże na miejscu grzecznie zapytali, czy może jakimś cudem dałoby się... Czeszka o imieniu Jana, która trzęsie całą imprezą, uśmiechnęła się i odpowiedziała: - Wszystko się da.

Czy mnie się zdaje, czy np. na Rzeźniku to by jednak nie przeszło? Tak czy owak chłopaki pobiegli na legalu. Sprawili się chwacko.

DSC_00061 Radziu, którego nazywamy „brodłej”, trzasnął życiówkę, swój rekord sprzed roku poprawiając o grubo ponad godzinę. Waldkowi coś tam do życiówki zabrakło, lecz ja wiem i on wie, że przygotowania potoczyły się dalece inaczej niż potoczyć się miały.

Moja ulubiona scena z Krakonošovej Stovki: Trawnik pełen śpiących rycerzy. Bo kiedy wpadam na metę po swoim K55, większość spośród tych ścigających się stówkowiczów dawno ma wyścig za sobą. Z okienka bufetu pobierają zestaw regeneracyjny: piwko plus gulasz, wypijają, zjadają i odsypiają nockę spędzoną na szlaku. Dlaczego odsypiają na trawniku? Pewnie tak jak Radek, którego odnalazłem wśród śpiących rycerzy, po prostu są strasznie zmęczeni, a do tego np. czekają na swoich znajomych.

Dopełnieniem sceny jest występ młodzieżowej kapeli rockowej. Młodzież z gitarami i mikrofonami daje z siebie energię, wydziera się i gra, występuje specjalnie na cześć stówkowiczów, tymczasem odbiorcy śpią.

Polaków startujących we Vrchlabi chyba z roku na rok coraz więcej. A kiedy Polacy zobaczyli na moim numerze startowym napis: Zielona Góra, zagadali:

- To Andrzeja Dąbrowę pewnie znasz?

- Jasne! - odrzekłem, że to wszak zielonogórski guru dla tych, którzy próbują swoich sił na dystansach ultradługich.

Polacy też zrewanżowali się słowami uznania o Andrzeju Dąbrowie. I na tym dialog nam się urwał. Ponieważ jestem tak raczej towarzyski inaczej - na pytania grzecznie odpowiadam, sam nie zadaję (no, chyba że zawodowo), nie wiem skąd przyjechali ci Polacy. Jakbym miał strzelać, to powiedziałbym, że z Leszna. Zatem może np. przez Leszno sława Andrzeja Dąbrowy dociera także do Vrchlabi?

Nie wszystkim rodakom wyluzowana impreza we Vrchlabi się podoba. Coś mówi o tym liczebność naszej tegorocznej wyprawy: ze dwa lata temu zebraliśmy kilkunastu chętnych. W tym z Zielonej Góry roku było nas trzech...

Na mecie usłyszałem opinię polskich debiutantów, że na trasie za dużo było asfaltu, a oni nie po to przyjeżdżają w góry, żeby tuptać po asfalcie. Znam trasę K100 i kompletnie nie zgadzam się z taką opinią, ale rodacy odczucia mieli inne i powiedzieli, że więcej na Krakonošovą Stovkę nie przyjadą. O ile zdrowie pozwoli, ja przyjadę! Tyle że już w innych butach...

Adidasy schodzą z trasy DSC_0019

Opóźniałem, robiłem wszystko, żeby ten moment nie nadszedł, ale dłużej już się nie da. Adidasy adistar boost ostatni raz posłużyły mi właśnie na trasie tegorocznej imprezy ze startem i metą we Vrchlabi. Adidasy finiszowały na 14. miejscu. Plan był ambitny, żeby w czołowej dziesiątce. Może, gdybym im nie przeszkadzał i nie skręcił trzy raz w złą ścieżkę? W sumie ze 20 minut na tym błądzeniu straciłem. Ech...

Epitafium dla adidasów spisuję niemal ze łzami w oczach, bo nie miałem lepszych butów do biegania i boję się, że mieć nie będę. Pancerno-komfortowe - tak bym je określił. Pancernie wytrzymałe i chroniące stopy, a komfortowo wygodne. Tylko na początku odnosiłem dość dziwne wrażenie, że podeszwa oraz cholewka tych butów ciągną jakby każda w swoją stronę... Ale to tylko tak na początku. Po tym służyły mi długo i znakomicie. Nawet szefowie adidasa mogliby się zdziwić, jakiego przebiegu dotrwały.

No dobrze, miały jedną wadę. Maciej Zembaty śpiewał kiedyś: Nic tak nie śmierdzi jak moje onuce... Ja mogłem to przerobić na: Nic tak nie śmierdzi jak moje adasie...

Nie, nie myślcie, że nie wiem o tym, że buty się pierze. Ale nawet tuż po praniu adasie nie potrzebowały wiele, żeby odzyskać moc... Dlatego zwykle musiały mieszkać w podwójnej reklamówce i na balkonie, a raz kiedy pojechaliśmy z Marcinem na Letni Bieg Piastów, to mieszkały na dachu pensjonatu.

Teraz koniec. Wytrzymały naprawdę wiele, lecz podeszwa stała się już zbyt wytarta, żeby dalej w nich biegać. Nowych sobie nie kupię, bo jak na moje skromne zarobki są sakramencko drogie, nawet w ofercie wyprzedażowej jest za grubo.

Gdyby jakimś cudem te pochwały przeczytał boss z adidasa i chciał mi ufundować parę adistarów, to obiecuję, że nowym też wystawię laurkę, a numer buta mam...

PS

W tygodniu po K55 urządziłem sobie wakacje. Nie biegam i jem same takie niezdrowe rzeczy, że znana dietetyczka Smazia dałaby mi po dupie.

atom

13:52, rozbiegany.blo
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 maja 2016

I Zabór

Drogie biegaczki, drodzy biegacze! W sobotę 21 maja o godz. 12 zapraszam w imieniu Darii na przebieżkę z atrakcjami do Lubuskiego Centrum Winiarstwa w Zaborze.

Dystans do przebiegnięcia będzie raczej symboliczny, chodzi o imprezę w ramach akcji Polska Biega, czyli coś przystępnego dla początkujących biegaczy w każdym wieku.

Ale może dacie się skusić?

Argumenty za: miła atmosfera, każdy uczestnik przebieżki dostanie w prezencie sadzonkę winorośli, oprócz tego degustacja wina, ciepły posiłek, lody, dyplomy... A tym, którzy mają w planie dłuższe wybieganie, podpowiem, że do Zaboru da się oczywiście dobiec. 

II Drzonków

dzionkow

Smazia, Klaudia, Tomek, Anna, Kasia - oto uradowani i udekorowani uczestnicy I Memoriału Zbigniewa Majewskiego w biegach przełajowych.

Impreza odbyła się w niedzielę w Drzonkowie, zwabiła ponad 200 osób, a w tzw. kuluarach dało się usłyszeć, że WOSiR sposobi się do organizacji ulicznego maratonu. Póki co były rozgrywane na leśnych ścieżkach: prawie piątka oraz prawie dycha.

Dla naszych udekorowanych gratulacje!

III Chojnik

Na maraton Chojnik (sobota 28 maja, dystans 46 km) nie da się już zapisać, ale przypadkiem dwa pakiety startowe są do przejęcia. I gdyby ktoś miał ochotę skorzystać, to poproszę o e-mail na: biegamy@zielona.agora.pl

atom

16:33, rozbiegany.blo
Link Komentarze (2) »
środa, 04 maja 2016

Wczoraj minął równo miesiąc od tej magicznej chwili, w której przekroczyłam metę  40. Marathon de Paris! Jednego z największych maratonów świata, w najpiękniejszym mieście na ziemi, mojego pierwszego.

Pierwsze podejście w 2015 roku skończyło się, zanim na dobre się zaczęło. Nie tylko nie pojechałam do Paryża, ale też zaliczyłam 4-miesięczną przerwę w bieganiu. Wtedy postanowiłam, że na moje maratońskie urodziny przebiegnę maraton. 42 km 195 m na 42 lata i 195 dni. Przebiegłam! A potem okazało się, że mój syn wygrał na Twitterze pakiet na 40. edycję maratonu w Paryżu. „Mamo, taniej nie będzie” – najlepszy argument dla domowego ministra finansów.

Zaczęłam treningi, ale znowu tak niewiele brakowało, bym musiała zrezygnować. Na 7 tygodni przed startem, podczas długiego wybiegania, zaczęło mnie boleć kolano. I nie odpuściło w sumie do dziś. Byłam wściekła, że znowu będzie to samo, co rok wcześniej, ale na szczęście mąż mnie przekonał, żeby pojechać do Paryża mimo wszystko, nawet jeśli nie będę w stanie biec, żeby choć stanąć na starcie, poczuć te emocje. I wtedy zaczęłam na dobre planować wyjazd i start.

Nie mogłam biegać, ale za to ćwiczyłam co się dało: rower, cross fit, pływanie, joga, pilates, nordic walking. Do tego zajęcia z fizjoterapeutą, ćwiczenia w domu. No ale nadal mogłam przebiec maksymalnie 4 km… Trochę mało jak na maraton.

Do Paryża przyjechaliśmy w środę wieczorem. Padało. Rano okazało się, że strajkuje cały transport… Szybka modyfikacja planów i już wiem – idziemy zwiedzać La Vilette, miasteczko nauki i techniki. Po kilku godzinach wciąż mieliśmy masę rzeczy do obejrzenia, ale nasze umysły już nie reagowały na kolejne atrakcje.

Piątek. Wczesnym rankiem ostatnia przebieżka. 4 kilometry i koniec. Nie mogę dalej biec, bo kolano boli tak, że noga sama składa się w pół.

Idziemy odebrać pakiet startowy. 15 minut szybkim marszem do metra, jedna stacja i… przypomniało mi się, że zapomniałam dokumentów. Na szczęście, są w naszym podparyskim mieszkaniu, a nie w Polsce. Ale za to portfela nie mogę nigdzie znaleźć… W końcu docieram do biura zawodów, widzę ludzi wychodzących z zielonymi plecakami, w których jest pakiet startowy, wszędzie widzę logo maratonu i zwyczajnie chce mi się płakać ze szczęścia.

Znajduję moje nazwisko na liście 57 tysięcy uczestników, robimy sobie rodzinne zdjęcie, odbieram mój numer i boję się, że za chwilę z emocji będę mieć maksymalne tętno.

 Spotykam Pierre’a, którego poznałam w Polsce, byłam jego tłumaczem, a teraz będziemy razem biec. Nie możemy się nagadać. Przez resztę dnia spacerujemy ulicami Paryża, na których ani śladu maratonu, choć to już za 2 dni!

Sobota. Jedziemy odwiedzić moją przyjaciółkę, którą znam jakieś 25 lat. Aż się boję pytać, ile ma lat. W trakcie rozmowy przy obiedzie okazuje się, że ona i jej mąż są po ślubie prawie 55 lat, że gdy była dzieckiem, wakacje spędzała w Afryce, gdzie jej ojciec budował porty, a w ich afrykańskim domu była czarnoskóra służba... Zaś jej mąż zaczynał pracę w przemyśle samochodowym w czasach maszyn parowych. Moi synowie są zafascynowani opowieściami, mamy wrażenie, jakbyśmy przenieśli się o 100 lat wstecz.

Po obiedzie do wracamy do domu, szykuję moje własne pasta party. Po chwili puka sąsiad z naprzeciwka, ma gości, w tym jedną dziewczynę, która nazajutrz też startuje w maratonie! Rozmawiamy parę ładnych minut.

Zasypiam bez problemów, a ostatnią moją myślą jest to, że pada. A! znalazłam portfel (za łóżkiem) i  już wiem, że rano stanie się cud. Przychodzi mail z planem treningowym na następny dzień, a w nim:

  1. To jest Twój dzień!
    - Pamiętaj o porządnej rozgrzewce przed startem.
    - Zacznij w miarę spokojnie, później stopniowo przyspiesz.
    - Kontroluj swoje tempo i oddech.
    - Nie spinaj mięśni, biegnij luźno, ale energicznie.
    Baw się dobrze! Powodzenia!"
  2. Ogień! Bez kalkulacji wszystkie siły na bieg! :). Trzymam kciuki. Powodzenia!!!!!!

No tak, zawsze widzę mój plan i jeszcze kogoś. Taki sam maratoński start, tak różne plany. Wersja dla mnie jest pod numerem 2.

Niedziela. Budzę się ok. 7, wyspana. Za oknem szaro. Z trudem wciągam bagietki z dżemem i banany. Chyba jestem zdenerwowana, bo wszystko mi leci z rąk. Sprawdzam tylko, czy jestem kompletnie ubrana, mój mąż i synowie pakują całą resztę.

Jedziemy metrem, a tam masa ludzi z numerami na piersi, jeszcze więcej z transparentami w różnych językach. Trudno opisać, co czuję.

Wychodzimy z metra, widzę Łuk Triumfalny (co za adekwatna nazwa!) i ogromy kolorowy tłum. Na najpiękniejszej ulicy świata, Champs-Elysées, jest strefa startu ciągnąca się przez ok. 2 km.

Za moment rusza grupa, której celem jest pokonanie maratonu w 3h45 minut. W tej grupie startuje Pierre. Odliczanie, wystrzał i poszli! A ja płaczę, sama nie wiem, dlaczego. Biegną przez 8 minut! Ja mam jeszcze 45 minut do startu, ale powoli idę do mojej strefy. W końcu żegnam się z chłopakami i wchodzę w grupę ludzi, w której każdy pochodzi z innego kraju, ale wszyscy patrzymy w tym samym kierunku i mamy ten sam plan: za kilka godzin być po drugiej stronie Łuku, na linii mety.

Przypominam sobie, że ortopeda zalecił mi wziąć środek przeciwbólowy przed startem, czyli teraz. Ale to musująca tabletka! Gdzie ją rozpuścić?! Cóż, rozgryzam, popijam wodą, mieszam w ustach jak podczas płukania zębów i łyk! No i wtedy zachciało mi się do toalety… Gdy w końcu się dopchałam, usłyszałam 3, 2, 1 i… i moja grupa ruszyła! Po chwili dołączam do nich.

Cóż można powiedzieć. Paryż jest magiczny, a w coraz mocniejszym słońcu, wśród kibicujących tłumów, w wielotysięcznej rzeczy biegaczy z całego świata jest po prostu nie do opisania. Co 2-3 km są zagrzewające do walki zespoły, najczęściej bębniarze. Przeróżni. Sportowi, tradycyjni, z różnych kontynentów. Są strażacy, są panowie przebrani za panie, są zespoły rockowe. I pełno mieszkańców, usiłujących przeczytać imię biegacza albo jego kraj, by wykrzyczeć je wraz z głośnym „Allez Katarzyna! Allez la Pologne!!”

Na 5. Kilometrze spotykam moich chłopaków, przyjechali metrem. Machamy sobie, ja biegnę dalej, bo za zakrętem pierwszy punkt odżywczy.

Po chwili odzywa się kolano, ale proszę je, by dało mi jeszcze trochę czasu, by pozwoliło mi jeszcze trochę pobiec.

10 km przebiegam chyba trochę za szybko, chyba nawet mam za sobą pacemakerów biegnących na 4h30. Nie zwalniam, bo boję się, że tabletka zaraz przestanie działać, więc biegnąc szybciej, pokonam dłuższy dystans. Taka pokrętna logika.

Po 13 km zaczynam godzić się z myślą, że przebiegnę ten maraton.

Chłopaków mijam co ok. 5-7 km, pytają jak jest, podają żele, przekazują wiadomości rodzinie i przyjaciołom w Polsce. Ich widok dodaje skrzydeł. Tyle tysięcy kibiców, a oni dokładnie wiedzą, jak mnie znaleźć. Jeżdżą metrem, przeliczają moje tempo na odcinki metra, korygują o odległość stacji od ulicy i są.

A ja po prostu biegnę dalej.

Na 30 km mijam Wieżę Eiffel’a i moich chłopaków. Kolano trochę doskwiera, odzywa się biodro. Teraz lekko w dół, a tego moje kolano nie lubi. Trochę maszeruję, tempo zaczyna mi spadać, ale humor wciąż doskonały. Wiem, że nie dobiegnę w czasie 4:30, ale wiem, że na pewno ukończę maraton.

Mijam symboliczną ścianę, animator wymienia narodowości biegaczy. Podbiegam i krzyczę do mikrofonu, że przyjechałam tu z Polski i biegnę dalej. Nie mam żadnej podstępnej myśli, żeby już przestać, żeby przejść do marszu, nic. Staram się trochę przyspieszyć, ale już mi to nie wychodzi.

Ostatnie kilometry. Coraz więcej maszerujących osób, coraz więcej tych, którzy wystartowali dużo wcześniej ode mnie. Ciągle negocjuję z moim kolanem, obiecuję mu cudowne masaże i proszę, by dało mi jeszcze trochę spokoju, że jak ma boleć, to niech sobie boli, ale za jakieś 2 godziny.

Jest gorąco. Między punktami odżywczymi są dodatkowe punkty z wodą do picia lub polewania się. Strażacy robią kurtyny wodne, a reklamy wody przypominają, że trzeba pić. Bardzo podoba mi się hasło „Biegnę, piję, sortuję”. Tuż za punktami są zbiorniki, do których biegacze wrzucają puste butelki. Wolontariusze zaś dodatkowo odkręcają z nich nakrętki. Wszystko będzie posortowane i oddane do recyklingu.

Moja strefa starowała jako ostatnia, najwolniejsi na końcu. Ale to właśnie ci biegacze walczą najdłużej, w najgorętszym słońcu. Wśród nas jest wiele osób niepełnosprawnych. Opiekują się nimi całe ekipy – jedni ciągną wózek, inni go pchają, za chwilę ktoś ich zmienia. Nikt nie może zawieźć. Osoba na wózku podaje wodę, żele, ręcznik do wytarcia potu, kontroluje czas. Na jej twarzy widać wielkie szczęście – inaczej nie byłaby w stanie pokonać maratońskiego dystansu. Takich ekip jest wiele. Kilkanaście metrów przed metą wyprzedza mnie… pani o kulach! Sadzi w nich takie susy, że nie mam najmniejszych szans. Tylko, że to nie ma żadnego znaczenia.

Zostało mi dokładnie 195 metrów, widzę męża i synów, z emocji czuję ścisk w piersi i przez moment nie mogę złapać tchu. Nienienie, jeszcze nie teraz. Przybijam piątki kibicom, wołałam razem z nimi i tak dobiegam do mety, którą przeskakuję z nieopisanej radości. Wyłączam zegarek, czas lekko powyżej 5 godzin. Stoję i nie wiem, co dalej. Przebiegłam maraton! Wysyłam szybko parę sms-ów i przypominam sobie o medalu! Najpierw koszulka finishera. Jakaś pani pyta mnie, czy rozmiar S będzie ok, ale ja tylko kiwam głową, bo czuję, że za chwilę będę beczeć na całego. A gdy dostaję medal, potoku łez nic nie jest w stanie zatrzymać.

Szybko opuszczam strefę zawodnika, bo chłopaki czekają. Jeszcze tylko obowiązkowe zdjęcie na Alei (marszałka) Focha i wracamy.

Moja komórka wciąż brzęczy, przychodzą sms-y, a w domu nie mogę się nadziwić, ile osób mi kibicowało. Bardzo, bardzo gorąco dziękuję każdemu raz jeszcze. Moim chłopakom, moim siostrom, przyjaciółkom, kibicom z BFT i z Facebooka. Mojemu trenerowi Michałowi, którego nigdy nie spotkałam. Tym wszystkim, którzy ściskali kciuki, z nerwów nie mogli usiedzieć w miejscu, którzy z radości też poszli pobiegać.

Było warto!

IMG_0069a1

Kasia Fligier, 04.05.2016

Ps. Moja sąsiadka ukończyła maraton z czasem 4:48, a Pierre – 4:16. W sumie maraton ukończyło 41 801 osób, ja zajęłam miejsce 35341. Chłopaki spotkali mnie na trasie 7 razy, a licznik kroków pokazał, że zrobili ich ponad 20 tysięcy…

* „Nadszedł dzień chwały” – fragment hymnu francuskiego, komentarz Marty Potiuk pod jednym z moich zdjęć :)

23:48, lu.woznicki
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 kwietnia 2016

Drodzy, wiecie, że przynajmniej raz w roku korzystamy z gościny w Przytoku, gdzie słynące z otwartości i serdeczności Daria, Ewa, a także ich niezawodni sprzymierzeńcy tworzą nam zacną treningowo-piknikową atmosferę, nie bacząc na swój czas, który jest bezcenny.

Dziękujemy im za to dobrym słowem. Ale przyszedł dzień, w którym możemy się trochę zrewanżować. Sprawa nie wymaga wielkiego zachodu. Otóż Ewa wypatrzyła szansę, Daria zaś zajęła się formalnościami i teraz Przytok uczestniczy w wyścigu o darmową siłownię pod chmurką, którą jednej z 19 rywalizujących lubuskich miejscowości ufunduje firma Nestle.

Układ obowiązuje następujący: żeby wygrać, trzeba klikać. Konkurencja jest mocna, z nieporównywalnie większym potencjałem mieszkańców. Dlatego bez pomocy z zewnątrz Przytok może sobie nie poradzić. Kilknijcie zatem, najlepiej codziennie, to tylko chwila. Ale może dzięki tym chwilom Przytok stanie się jeszcze bardziej wysportowany...

Link do klikania:

https://www.nestleporusza.pl/glosowanie/lubuskie

Głosowanie trwa do 6 lipca.

atom

07:27, rozbiegany.blo
Link Komentarze (1) »
piątek, 15 kwietnia 2016

Moi drodzy, zamiast lawiny Waszych wrażeń z Przytoku, do skrzynki wpadła prośba o nagłośnienie pewnego badawczego przedsięwzięcia. Ponieważ z reguły jestem miły i uprzejmy, prośbę spełniam, a nuż ktoś z Was się skusi i wygra sobie fajną maratońska wycieczkę lub indywidualną opiekę trenerską... Oto szczegóły:

Rozpoczynamy drugą edycję Ogólnopolskiego badania motywacji biegaczy (pierwsza edycja zakończy się w czerwcu w 2016 r.). Badanie (anonimowe) będzie realizowane online w ramach grantu Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Pomysł zrodził się z naszej naukowej i biegowej pasji. Wszyscy wiemy, że przygotowanie do maratonu czy półmaratonu wymaga wytrwałości, samozaparcia i walki z własnymi słabościami. Wydaje się, że każdy może biegać, jednak nie jest to takie proste…

Kiedy zaczynasz trenować, COŚ się zmienia... Jest w tym coś fascynującego. To „coś” jest przedmiotem naszych badań. Co w rzeczywistości się zmienia, jak bardzo się zmienia, dlaczego, w jaki sposób się zmienia i jak ważna jest ta zmiana dla innych życiowych aktywności. Kiedy ta zmiana jest pozytywna, a kiedy nie. Co sprawia, że jesteśmy wytrwali, a co i kiedy każe nam przestać. Jak wywoływać to pierwsze, a jak strzec się przed tym drugim. To podstawowe cele naszego projektu, który jest niezwykłym wyzwaniem organizacyjnym i dlatego bardzo potrzebujemy Waszej pomocy, wsparcia i zaangażowania.

W związku z tym poszukujemy osób chętnych do udziału w naszym projekcie. Wierzymy, że wyniki tego badania będą służyć nie tylko celom naukowym, ale i wielu biegaczom.

KOGO SZUKAMY

Grupa 1. Osoby zaczynające przygotowania do maratonu lub półmaratonu, które jeszcze nigdy nie brały udziału ani w półmaratonie, ani w maratonie.

Grupa 2. Osoby, które mają za sobą już przynajmniej jeden półmaraton lub maraton i obecnie przygotowują się do półmaratonu lub maratonu.

Grupa 3. Osoby, które biegają regularnie, dla przyjemności, ale nigdy nie brały udziału w półmaratonie ani maratonie i NIE zamierzają brać udziału w żadnym z tych biegów w najbliższym roku.

NA CZYM POLEGA UDZIAŁ W BADANIU?

Badanie składa się z kilku etapów (nie jest łatwo, ale liczymy na wytrwałość biegaczy :)

Etap 1. Wypełnienie zestawu kwestionariuszy (można to rozłożyć na 2-3 dni, po około 15-25 minut).

Etap 2. Wypełnianie raz w tygodniu tzw. dzienniczków (ok. 7-10 minut), czyli odpowiadasz na kilkanaście nieuciążliwych pytań, dotyczących treningów z ostatniego tygodnia, nastroju itp. – tylko raz w tygodniu – tak przez 12-13 tygodni.

Etap 3. Potem przez 6-7 miesięcy raz w miesiącu podobny zestaw pytań jak w Etapie 2 (teraz jednak tylko raz w miesiącu).

Etap 4. Podobnie jak w etapie 2. – wypełnianie raz w tygodniu dzienniczków (kilkanaście prostych pytań dotyczących treningów z ostatniego tygodnia, nastroju itp.) – tylko raz w tygodniu – tak przez 12-13 tygodni.

Etap 5. Wypełnienie zestawu kwestionariuszy – podobnie jak w etapie 1.

KORZYŚCI DLA UCZESTNIKÓW BADANIA

Wśród uczestników badania, którzy zrealizują wszystkie etapy badania, zostanie rozlosowanych kilka nagród.

Nagroda główna dla osób przygotowujących się do półmaratonu/maratonu: sfinansowanie udziału w jednym z maratonów w Europie między wrześniem 2017 r. o marcem 2018 r. (Włochy, Francja, Hiszpania, Grecja lub Portugalia) – pakiet startowy, przelot i hotel (3 doby hotelowe).

Nagroda główna dla osób, które biegają dla przyjemności, ale nie przygotowują się do półmaratonu/maratonu: pakiet odnowy biologicznej.

Nagrody dodatkowe: buty sportowe, koszulki New Balance, odżywki, napoje izotoniczne.

Raz w miesiącu wśród uczestników będzie losowany trening personalny, miesięczna opieka trenera lub wizyta u dietetyka.

Każdy z uczestników badania otrzyma raport z badania. Wyniki będą analizowane na poziomie grupy, nie będziemy robić analiz pojedynczych osób. Jednak na życzenie możemy przygotować podstawowe zestawienie indywidualnych wyników z całego roku aktywności.
NASZ ZESPÓŁ

Marzena Cypryańska – dr psychologii, biega odkąd pamięta, ostatnio nieregularnie, zwykle dla przyjemności. Nigdy jeszcze nie wzięła udziału w maratonie, ale kiedyś zamierza…

John Nezlek – prof. psychologii pracuje w College of William and Mary, USA, a od trzech lat również na Uniwersytecie SWPS w Poznaniu. Kiedyś biegał z dziką pasją. Dziś bardzo za tym tęskni.

Piotr Cypryański – przygotowuje pracę magisterską na Wydziale Psychologii SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego w Warszawie. Pewnego dnia rzucił młodzieńczy nałóg nikotynowy, wyszedł z domu i zaczął biegać... A potem już nie mógł się zatrzymać… Ma za sobą wiele maratonów; jego obecny rekord 2.33.41 (Maraton Dębno 2016)  

Karolina Jenczylik – przygotowuje pracę magisterską na Wydziale Zamiejscowym SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego w Poznaniu. Jest zafascynowana psychologią sportu i wyznacza sobie kolejne długodystansowe cele…

Kierownikiem projektu jest prof. Anna M. Zalewska, Dziekan Wydziału Zamiejscowego SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego w Poznaniu.

Zgłoszenie do badania poprzez poniższy link:

http://goo.gl/forms/340yKl27Od

19:59, rozbiegany.blo
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 kwietnia 2016

Dziennikarz Michał od jakiegoś czasu jest innym człowiekiem. Po wielu miesiącach stażowania dostał etat, porzucił zgubne nałogi, zmienił fryzurę i sposób ubierania się, wyeliminował nieład, postawił na schludność.

Nie ma mowy, żeby w redakcji taka metamorfoza przeszła bez echa. Dworujemy do granic przyzwoitości. Ogłosiliśmy, że tamtego starego Michała już nie ma, jest nowy. I cokolwiek nasz kolega teraz zrobi, zgłosi, napisze, zaraz słyszy, że stary Michał na pewno rozegrałby to bez porównania gorzej, zepsuł, zmarnował i w ogóle...

Środa, Michał siedzi przy biurku, służbowo rozmawia przez telefon - zbiera materiał do tekstu znaczy się. Ale wierci się przy tym niemiłosiernie. I nagle trach! Krzesło nie dało rady. W ułamku sekundy Michał spadł.

Leży poskładany na podłodze, ale udaje, że nic się nie stało, nawet na chwilkę nie przerywa rozmowy:

- No, to jak zamierzacie wyczyścić ten las ze śmieci? - dopytuje szefa ZGKiM-u.

Chociaż to okrutne, wszyscy wokół zwijamy się ze śmiechu, a dziennikarka Ruda komentuje: Stary Michał nie przeżyłby takiego upadku, a nowy nawet się nie rozłączył...

Wątek biegowy: kilka lat temu Michał wyszedł wściekły z domu i zanim się uspokoił, przebiegł 42 km. Tak twierdził. Ale raczej nikt mu w to nie wierzył. Wtedy Michał stanął na starcie Półmaratonu Przytok. W debiucie, i póki co swoim jedynym w życiu starcie, wykręcił 1:37. Ubrany był w bawełnianą koszulkę i spodenki ogólnogimnastyczne.

atom

13:50, rozbiegany.blo
Link Komentarze (3) »
wtorek, 12 kwietnia 2016

Nasza biegowa akcja przygotowań do Półmaratonu Przytok, jak co roku, zyskała partnerów i przyjaciół. Najpierw podziękowania dla sponsorów: Urząd Marszałkowski Województwa Lubuskiego, firma Raven Ochrona z Zielonej Góry, Biuro Podróży Mega Tours, Optyk Lechna, Daria Landzwojczak-Sobiech, producent kuchenek turystycznych na darmowe paliwo.

Pomogli nam życzliwi ludzie: Józef Konkol, Ewa Szumigraj, Jowita Patryk-Sadło i jej mąż Sebastian, którzy umożliwili nam spotkanie na treningu integracyjnym w ośrodku Lasówka w Rajewie, Mariusz Grabowy, Marcin Kruk, Remigiusz Wierzbicki, Krzysztof Sobiech, Piotr Sztermer.

Ze swoich powinności dzielnie wywiązała się załoga pacemakerów w składzie: Ewa Chrustek, Patrycja Tumińska, Michał Łojko, Bogusław Adamowycz, Maciej Orciuch, Tomasz Turowski, Grzegorz Wasiak, Zdzisław Jaszczyński; tu ze szczególnymi podziękowaniami dla Patrycji, która dopilnowała, by żadna „zielona koszulka” nie upadła na duchu.

Organizator półmaratonu - Lubuskie TKKF - przyjął nas jak zwykle, czyli życzliwie, za co także się kłaniamy i nieśmiało umawiamy się na Przytok 2017.

Najserdeczniej dziękuję Wam - wszystkim, którzy przychodzili na nasze wspólne treningi i pobiegli w naszej drużynie w Przytoku! Logotyp__Lubuskie__warte_zachodu_corel_9

raven_logo_p_horyzontalne

megatours_logo_kontra

atom

10:15, lu.woznicki
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 64
↑ top | | design by kate_mac