Ten blog powstał, aby rozkręcić bieganie w Zielonej Górze i okolicach miasta. Jest też po to, aby pokazać biegaczy i udowodnić, że bieganie uszczęśliwia, wyszczupla, odmładza, wzmacnia ciało, rozjaśnia umysł, no i zwiększa ochotę na seks Chcesz pobiegać z nami? Napisz na: biegamy@zielona.agora.pl
Blog > Komentarze do wpisu

Jesteśmy twardzielami!

Czekamy na zdjęcia z Katorżnika. Na razie mamy dla was fotokast Bartłomieja Busza

To był koszmar. Utknąłem w środku betonowej rury o długości kilkunastu metrów. Średnica: 80 cm - akurat tyle by na leżąco zmieścił się dorosły mężczyzna. W środku ciemno i tylko jasny punkt na końcu. Czołgam się na plecach, bo ze zdartymi kolanami czołgać się na brzuchu nie ma szans. Przesuwam się o kilka centymetrów odpychając stopami, rękami i prawym ramieniem po chwili zupełnie zdartym. U stóp mam głowę Atoma, który zaraz za mną wlazł do rury. Atom u stóp ma głowę kolejnego sponiewieranego szaleńca. Jesteśmy jak jedna wielka gąsienica. Wreszcie wyskakuję z rury. Rzut oka na ramię, z którego płyną krople krwi. - Jak mi postawią jeszcze jedną taką rurę, to już w nią nie wejdę – obiecuję sobie w myślach, gdy znowu wskakuję w bagno.

Gdy kilka godzin wcześniej przyjechaliśmy do śląskiego Kokotka, otaczała nas jeszcze mgiełka błogosławionej ignorancji. Na parkingu dziesiątki samochodów a przy nich gromady przypakowanych, krótko ostrzyżonych mężczyzn. Co drugi pali papierosa, ktoś popija piwo. - No nareszcie jakiś bieg dla mnie – myślę i sięgam po kolejną „ostatnią fajkę przed biegiem”. Atom w tym czasie obwiązuje sobie buty srebrną taśmą. Dzięki niej nie straciliśmy obuwia ani w jeziorze, ani w bagnie. Inni zawodnicy idą dalej. Zakładają na łydki piłkarskie ochraniacze, albo grube podkolanówki. Starszy mężczyzna z długą brodą okleja sobie nogi do kolan przezroczystą taśmą.

Do tegorocznego Katorżnika zapisało się ok. 900 osób. Miejsca skończyły się chwilę po otwarciu rejestracji. Z Atomem mieliśmy farta. Nie dość, że jako dziennikarze startowaliśmy za darmo (start kosztuje kilkaset złotych) to jeszcze biegliśmy w najbardziej widowiskowej części – o godz. 14 w Ucieczce z Alkatraz. Tu zawodnicy spięci w pary łańcuchami uciekają przed pościgiem, który rusza godzinę później. Dziennikarzy na szczęście nie skuwano, więc co chwilę słyszałem pytanie: - Gdzie twój partner? - Utopiłem go w jeziorze tuż po starcie – mówiłem ze śmiertelną powagą.

Dobre złego początki                                                 Fot. MaratonyPolskie.pl

Bieg Katorżnika zaczyna się od przeprawy przez zamulone, obrośnięte glonami jezioro. Woda raz po szyję, a raz po kolana. Od początku trzymałem się grupy w czołówce. Aby utrzymać równowagę w kilkanaście osób złapaliśmy się za ramiona i wykonywaliśmy miarowe: hop, hop. Przeprawa przez jezioro była dla mnie wyjątkowo trudna. Szybko poczułem, że opadam z sił i bałem się, że długo tak nie pociągnę. Rozpaczliwie trzymałem się towarzyszy i jakoś dobrnąłem do brzegu a raczej drogi wyciętej w gąszczu trzcin. Wody znów było do pasa, ale przynajmniej pod stopami czułem solidniejsze oparcie.

Po wyjściu z jeziora zaczyna się ścieżka, z której słynie Bieg Katorżnika. Zawodnicy nazywają ją dżunglą. To bagna, mokradła, trzęsawiska i rowy melioracyjne wypełnione czarną mazią. W ubiegłym roku biegnącą przez nie trasa mierzyła 7 km. Po licznych protestach zawodników (mówili, że bieg był za łatwy) w tym roku wydłużono ją do... trzynastu. Organizatorzy szczycili się, że stworzyli najtrudniejszą trasę w historii Katorżnika i do maksimum zwiększyli liczbę pokonywanych naturalnych przeszkód – na przykład pomiędzy jednym bagnem a drugim rozpięli drut kolczasty na wysokości kolan. Specjalną niespodzianką były węże w wodzie... ale o nich przeczytałem już po biegu. Fakt, kilka razy widziałem, jak coś się w wodzie rusza, ale myślałem, że to jaszczurka.

Bieg przez dżunglę wyglądał mniej więcej tak: skok do bagna, wygramolenie się na brzeg, kilka metrów po śliskim gruncie i znów skok do bagna. Atom szacował, że takich skoków było koło setki. Dla urozmaicenia od czasu do czasu trasa wiodła kilkadziesiąt metrów samym bagnem. Takim przeprawom za każdym razem towarzyszyła kakofonia dzięków: „Auć, ała i kurwa!”... bo w czarnej wodzie kryły się konary i korzenie drzew. Na niewiele zdały się ostrzeżenia tych, co przedzierali się przodem: „Uwaga konar, uwaga dziura!”. I dziur i konarów starczyło dla wszystkich. Już po biegu obejrzałem sobie delikatne jak pupa niemowlaka łydki Atoma, teraz zdarte na całej długości.

Przez większą część trasy biegłem tak jak lubię czyli sam. Było tylko błoto, las i ja. Zwykle nie myślę zbyt wiele na zawodach, ale tym razem udzielił mi się filozoficzny nastrój. Szybko odrzuciłem tezę, że cierpienie uszlachetnia. O wiele bardziej przypadły mi do gustu słowa Buddy: Istnieje cierpienie, ale istnieje też jego kres. Myślałem, że ten kres jest już blisko, ale spotkany w lesie strażak nie pozostawił złudzeń: - Panie. To dopiero pierwsza połowa – rzucił bez cienia współczucia.

Potem było już tylko gorzej. Gdy brakowało sił, aby wyjść z bagna, gramoliłem się na czworaka. Gdy zahaczyłem o konar w trzęsawisku, lądowałem w błocie aż po szyję. Z jaką radością przyjmowałem fragmenty trasy biegnące po lesie – Ja potrafię biec! - myślałem i pędziłem, ile jeszcze miałem sił. W takich chwilach przypominałem sobie o naszej drużynie i dziękowałem każdemu z osobna za te wszystkie zimowe treningi, dzięki którym teraz udawało mi się iść do przodu.

Po pewnym czasie dogonił mnie gagatek Atom. Wypatrzyłem go, jak brodził w bagnie. Tak zbliżając się do siebie i oddalając zmierzaliśmy już niemal do końca. Minęliśmy strażaków zamykających bieg, który wystartował godzinę wcześniej, a potem zawodników, którzy biegli dwie godziny dłużej od nas. Kobiety i mężczyźni łapali oddech na skraju trzęsawiska. Gratulowałem każdej spotkanej dziewczynie. Do każdej czułem wielki respekt, że zdecydowała się tu dzisiaj być.

                                                                                 Fot. MaratonyPolskie.pl

Atom był tego dnia wyjątkowo towarzyski. Biegł razem z dwoma skutymi łańcuchem facetami. Jeden z nich szybko opadł z sił i błagał o przerwę. - Nawet mnie teraz nie wkurw...! – przez większą część biegu krzyczał na niego ten drugi. A gdy jego towarzysz już nie dawał rady, po prostu ciągnął go za łańcuch. - Dlatego miał na plecach całą koszulkę zdartą – tłumaczył Atom. Tak się z nimi zżył w tym błocie, że pod koniec nie miał serca ich wyprzedzić. Na metę wbiegali jeden po drugim. Ja od minuty siedziałem na piasku i cieszyłem się jak dziecko. Obok leżała ważąca kilka kilogramów podkowa Katorżnika, którą zawieszono mi na szyi, gdy tylko minąłem linię mety.

To był najtrudniejszy bieg, w jakim kiedykolwiek startowałem. Trudniejszy nawet niż maraton. Tam mordęga zaczyna się od 30 km. Tu trwała przez cały czas. Mimo to polecam Katorżnika każdemu. Satysfakcja na mecie jest ogromna i trudno ją porównać z czymkolwiek. Chyba zarówno Atom jak i ja poczuliśmy się prawdziwymi twardzielami! Tym bardziej, że osiągnęliśmy niezłe wyniki. Pokonanie Katorżnika zajęło mi 2:42:44 a Atomowi 2:43:42. W klasyfikacji naszego biegu byliśmy 7 i 10 a wśród dziennikarzy 3 i 4. - Byłem o kilka minut szybszy niż Paweł Januszewski, mistrz Europy w biegu na 400 m przez płotki – przez cały wieczór cieszył się Atom, a ja pierwszy raz w życiu usłyszałem o Pawle Januszewskim.

chudy redaktor Woźnicki

wtorek, 16 sierpnia 2011, lu.woznicki

Polecane wpisy

Komentarze
2011/08/16 19:42:55
Brawo!Jestem pod wielkim wrażeniem! Ogromne gratulacje dla Was chłopaki!!! Choć to trochę wstyd nie wiedzieć kto to Paweł Januszewski..:) Jak widać podróże kształcą-nawet twardzieli!:)) Pozdr
-
Gość: Zbyszek, *.adsl.inetia.pl
2011/08/17 09:29:16
Gratulacje chłopaki! Znam ten ból:-) Dwa razy biegłem Katorżnika. Pzdr
-
Gość: Piotr Es, *.dynamic.gprs.plus.pl
2011/08/17 09:47:07
Andrzejku,jak Ci ślicznie w żółtym!:)))
-
Gość: nozyk, *.ssp.dialog.net.pl
2011/08/28 17:01:45
Zazdroszczę, jak będzie możliwość to spróbuję za rok. Wciągający wpis.
↑ top | | design by kate_mac